Dziennikarski najazd
KOMENTARZ „SPORTU” - Michał Zichlarz z Maroka
Praca dziennikarza na Pucharze Narodów teraz, a parę edycji wcześniej, to dwie różne sprawy. 35. Coupe d’Afrique to dla mnie czwarta mistrzowska impreza na Czarnym Kontynencie. Wcześniej byłem na niej w 2004 w Tunezji, w 2006 w Egipcie i w 2008 w Ghanie. To było jeszcze w czasie, kiedy wśród najlepszych grało po 16 reprezentacji. I tak powinno pozostać. Mówił mi o tym podczas spotkania w Rabacie Claude Le Roy, rekordzista pod względem prowadzenia reprezentacji w Pucharze Narodów. Był na nim jako szkoleniowiec aż 9 razy! Wygrał w 1988 roku z Kamerunem. Rozmowę z tym świetnym francuskim trenerem opublikujemy w środę, czyli w dniu półfinałów.
Zmienia się piłka, zmienia się Africa Cup of Nations, zmienia się też praca dziennikarzy na tej imprezie. Na początku wieku nie było problemów z akredytacją, z wchodzeniem na mecze. W 2006 roku, przykładowo, jechało się do Port Said na mecz Ghana – Senegal, który był o 17.15, a niewiele później, bo o 20.00, na tym samym obiekcie rozpoczynało się kolejne starcie, w tym przypadku Nigeria – Zimbabwe. Dwa mecze do zobaczenia w kilka godzin, a do tego możliwość porozmawiania z zawodnikami. Akurat w ekipie Wojowników z Zimbabwe grało kilku piłkarzy występujących w Polsce, bo znany z Górnika Shingayi Kaondera, bramkarz Gift Muzadzi oraz obrońca Georg Mbwando z Lecha, Ronald Sibanda ze Śląska i Lloyd Chitembwe z Hutnika Warszawa. Czuło się jak u siebie, bo chłopaki dobrze wspominali występy u nas.
To były inne czasy, teraz Puchar Narodów jest jak każda duża międzynarodowa impreza. Wiele obostrzeń, ograniczeń. O swoich problemach z akredytacją pisałem wcześniej. Zresztą ta nie wystarcza do wejścia na stadion, bo potrzebne jest potwierdzenie, dodatkowy bilet na mecz otrzymywany już w stadionowym biurze. Pierwszy raz zdarzyło się, że wielu z nas nie weszło na mecz - w 1/8 finału pomiędzy Algierią a DR Konga na niewielki, bo 20-tysięczny Moulay El Hassan Stadium w Rabacie.
Dziennikarzy jest teraz o wiele więcej niż kiedyś. Media społecznościowe, ludzie mający swoje kanały, strony, telewizje, o tradycyjnych dziennikarzach nie wspominam. Naprawdę armia ludzi. Jegomość z CAF, czyli Afrykańskiej Konfederacji Piłkarskiej, przed nieszczęsnym spotkaniem na Moulay El Hassan Stadium tłumaczył, że było 800 wniosków o akredytację na mecz, a miejsc na trybunie prasowej 200. Bezradnie rozkładał ręce.
Organizacja? Bus dla mediów z dworca Rabat Ville na główny obiekt, prawie 70-tysięczny Prince Moulay Abdellah Stadium, planowany na 15.30 przyjeżdża 40-50 minut później. To normalka, nikt się tym nie przejmuje. Potwierdzenie akredytacji na spotkanie w fazie pucharowej? W dniu meczu o 1.40 w nocy, ale przecież, żeby tam dojechać, zawczasu trzeba zrobić rezerwację, choćby na pociąg, bo ze stolicy Maroka to ponad 300 km, cztery bite godziny jazdy koleją. Szczegół.
Są też pozytywne aspekty, jak dobrze funkcjonujący system tłumaczenia konferencji na kilka języków, po pobraniu QR kodu i sprawnej aplikacji. Jest wspaniała marokańska, słodka z miętą, herbata Atay w prasowych biurach, jest oczywiście sporo dobrego futbolu i… super ludzie. Tych na Pucharach Narodów Afryki nigdy nie brakowało. Tak jest cały czas i pewnie się akurat to nie zmieni.
