Dużej klasy fachowiec

Rozmowa z Bogusławem Kaczmarkiem, były piłkarzem i trenerem Lechii, w przeszłości także szkoleniowcem GieKSy

Bartosz Nowak - spec wysokiej klasy. Fot. Marcin Bulanda / Press Focus

Sławek Wojciechowski to jedna z najznamienitszych postaci łączących sobotnich rywali, czyli GKS i Lechię i jeden z pańskich ulubionych wychowanków, czyż nie?

- Ulubionych? Wie pan, w mojej szkoleniowej działalności w Lechii wielu było tych wychowanków oraz chłopaków, których powyciągałem z niższych klas. A Sławka po prostu pamiętam jeszcze od dzieciaka.

Zapytałem trochę przekornie o niego, bo pamięta się go w Gdańsku i w Katowicach z tej pięknie ułożonej nogi, która przy stałych fragmentach czyniła cuda! 

- To prawda. Ale to były lata pracy. Mieliśmy mur na kółkach, Sławek na i po każdym treningu oddawał dziesiątki uderzeń. Miał bardzo dobrą lewą nogę i bardzo dobre warunki fizyczne, dołożył do tego ciężką robotę na zajęciach. Szkoda, że miał trochę pecha w Monachium, bo w momencie gdy zaczynał dobrze grać, złapał kontuzję mięśnia, potrzebna była operacja... A potem dokonał złych wyborów. Bardzo chciałem go wziąć do Dyskobolii, do Grodziska, a on poszedł do Radomska, bo tam był „dream team” - z Matyskiem, Moskalewiczem, Sypniewskim...

Taki to był „dream team”, że z ligi spadł!

- No właśnie...

Przywołałem postać Wojciechowskiego, bo chciałem zapytać przekornie, czy kiedy Bartek Nowak ustawia piłkę do rzutu wolnego czy rożnego, widzi pan trochę Sławka w nim?

- Nowak... Dużej klasy fachowiec. Typowa wąska specjalizacja, ma ułożoną nogę i wali w punkt, zarówno z gry, jak i ze stojącej piłki.

Z czymś takim trzeba się urodzić czy to można od zera wyćwiczyć.

- Na pewno chłopak musi mieć talent. Talent do... pracy, bo to są dziesiątki powtórzeń z różnych miejsc na boisku. Sławek, jeśli rzut wolny był za blisko od bramki, cofał sobie piłkę metr-półtora do tyłu. Tak mi strzelił bramkę jako GieKSiarz, kiedy pracowałem w Bełchatowie. Końcówka meczu, jest 0:0. Wziął piłkę, odsunął ją sobie i tak uderzył, że potrzebnych byłoby dwóch bramkarzy, by to złapać... Nagrodziłem go brawami. Prezes Zdzisław Drobniewski nie mógł mi tych oklasków wybaczyć. A ja mu mówię: „Panie prezesie, dobrą sztukę trzeba oklaskiwać!” Taki czas był, że moje chłopaki w różnych klubach - Sokołowski, Czereszewski, Wojciechowski - albo mnie ogrywali, albo strzelali ważne bramki.

Dzisiejsza Lechia, która zaczynała z pięcioma minusowymi punktami, a dziś plasuje się w środku tabeli, to dobry zespół?

- Wie pan, Lechia – i inne kluby trójmiejskie – zawsze były mekką piłkarskich talentów, ich kuźnią. Jeszcze całkiem niedawno wprowadzałem z juniorów do dorosłej piłki Dawidowicza, Frankowskiego... Potem byli Kałuziński czy Urbański. Przesłaniem mojej pracy zawsze była myśl: „Taka piłkarska Rzeczypospolita, jakie młodzieży chowanie”. A teraz w składzie Lechii nie widzę tych gdańskich chłopaków... No dobra, nie będziemy grzebać w popiołach, bo nie o to chodzi. Wie pan, co dziś jest siłą Lechii? Tej międzynarodowej?

Słucham uważnie!

- Trener i kibice. Ten Anglik w tych trudnych warunkach, na niespokojnym morzu, z finansowymi zawirowaniami – bo przecież Lechia nie dostała minus pięć dlatego, że się nazywa Lechia... - uniósł brzemię. W tych warunkach jest bardzo skuteczny, wyprowadził zespół na wciąż niebezpieczne, ale jednak rokujące pomyślnie miejsce w tabeli. Na troszkę spokojniejsze wody.

Skoro jesteśmy przy trenerach, od razu zapytam o pańską ocenę pracy Rafała Góraka w Katowicach.

- Olbrzymi szacunek dla niego. Widzę jak pracuje, a łatwo na pewno przez te lata nie miał.

Myślę, że wielomiesięcznych poślizgów, jakie były za pańskich czasów, dziś już nie ma. Miasto tego pilnuje; jak trzeba - radni dorzucą...

- Pieniądze... Opowiem katowicką historię, żeby pana rozbawić. Jedziemy kiedyś – wiosna była – do Szczecina, gdzie rządził Turek, dyrektorem był Janusz Wójcik. Przed wyjazdem rada drużyny - w osobach Marka Świerczewskiego i Wilusia" [Mirosław Widuch – przyp. red.] - poszła do prezesa z pytaniem o zaległe pensje. Dostali informację, że przelewy właśnie poszły. Zawodnicy mieli konta w Banku Śląskim. I to był pierwszy neon, jaki chłopcy zobaczyli po przyjeździe do Szczecina, gdy wyszliśmy z hotelu na spacer. No i tradycyjnie po takiej dużej podróży, długiej, zrobiliśmy z tego hotelu spacer. „Generał” Świerczewski, Wojtek Szala i jeszcze ktoś ze starszych piłkarzy od razu poszli sprawdzić konta. No i myśleli, że im karty nie działają, bo pieniędzy nie było... A mimo to wyszliśmy i ograliśmy Pogoń 2:0. Bekdas potem w kuluarach mówił, że to niemożliwe: jego chłopcy wszystko mają na czas, a przyjeżdża do nich ekipa, która dawno nie miała wypłaty i wygrywa. Nawet kiedy kilka lat później pojechałem do Mrągowa, gdzie miał hotel, zaprosił mnie na fajkę wodną i do tej historii wracał... Bo wie pan, pieniądze są niesłychanie ważne, ale najbardziej ludzie się liczą. A ci w Katowicach zawsze byli OK. Dlatego ceniłem sobie pracę w GieKSie, bo było momentami biednie, ale było też godnie. A ja zawsze powtarzałem: „dzisiaj nie płacą, ale przyjdzie panisko i zapłaci za wszystko”.

Wracając do dzisiejszych czasów: Lechia jest bardzo zagraniczna, w GKS-ie trener Górak ma maksymalnie dwóch-trzech obcokrajowców na boisku, reszta to jego żołnierze, sprawdzeni od lat...

- I dobrze. Największą zaletą tych co przyjeżdżają tutaj pograć w piłkę, zazwyczaj jest to, że mają operatywnych agentów. Dzięki nim niektórzy robią już trzecie okrążenie w Polsce. Przed laty zrobili sobie „face lifting” u nas. Potem dostali pięć tysięcy euro więcej na Cyprze albo gdzie indziej, ale matury tam nie zrobił. Więc wrócił. Bo rynek polski jest taki jamochłon - wszystko chłonie. Więc powtórzę: szacunek dla Góraka za robotę. I za wyniki też oczywiście.

Jak będzie w sobotę?

- Zapowiada się bardzo ciekawy mecz. GKS premiuje własne boisko, natomiast nie lekceważyłbym Lechii, bo potrafi grać na wyjazdach. No i ma kilku piłkarzy, którzy indywidualnie mogą rozstrzygnąć o wyniku. Ot, choćby Rifet Kapić, którego bramka otwierająca wynik spotkania z Jagiellonią była najważniejsza.

Jest też jeszcze Tomas Bobczek, całkiem fajny snajper.

- No tak, prowadzący w klasyfikacji strzelców. Fajny, bo ma czasami pół sytuacji i strzeli z tego bramkę. Z drugiej strony - jakby wykorzystywał te wszystkie okazje, które ma, już dziś byłby królem snajperów.

Rozmawiał Dariusz Leśnikowski

Bogusław Kaczmarek. Fot. Piotr Matusewicz / Press Focus

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się