Dotyk trędowatego
KOMENTARZ „SPORTU” – Piotr Tubacki
GKS Tychy niechybnie zmierza w kierunku 2. ligi. Co do tego nikt chyba nie ma wątpliwości, a jeśli twierdzi, że ma – to zapewne kłamie lub próbuje zakrzywiać rzeczywistość. Po kibicach widać zwątpienie, by nie powiedzieć, że poddanie. W sieci nie brakuje ankiet z pytaniami o spadek, w których dominuje odpowiedź: „tak”.
Czy to dziwne? Ogólnie rzecz ujmując, to owszem. Niewiele bowiem wskazywało, że akurat GKS zsunie się o jeden szczebel, szczególnie że w Tychach cały czas nieśmiało podnosili rączkę do góry, by przebić się przez tłum chętnych i zasygnalizować swoje awansowe aspiracje. Klub miał stabilną sytuację finansowo-organizacyjną, nie najgorsze zaplecze, relatywnie niewielką presję. Nic, tylko pracować, tym bardziej że i miasto do życia w porządku. Kluczowe wydarzenie miało jednak miejsce 3 lata temu.
Wtedy właśnie ogłoszono, że GKS ulega prywatyzacji. Pojawił się amerykański właściciel i... pojawiły się wątpliwości. Na prawo i lewo trąbiono bowiem o tym, że niemal wszystkie kluby, w które próbowali inwestować Jankesi, w krótkim okresie popadały w wielkie kłopoty.
Z angielskim Barnsley zaczęli dobrze, awansowali do Championship i nawet załapali się na baraże, ale potem znowu zlecieli i wrócili do punktu wyjścia – czy też nawet postawili jeszcze krok wstecz.
Belgijskie Oostende? Upadło, wycofało się z rozgrywek rok po tym, jak Amerykanie weszli w GKS.
Francuskie Nancy? Miała być Ligue 1, a wyszedł spadek na trzeci szczebel. W tym sezonie zespół wrócił do Ligue 2, ale jako beniaminek rozpaczliwie walczy o utrzymanie.
Duński Esjbjerg? Kompletny chaos i spadek do 3. ligi (już wrócili poziom wyżej, ale do Superligi jeszcze daleko).
Właściciel GKS-u narobił też problemów w FC Thun, ale wedle dostępnych informacji – od kilkunastu miesięcy już tam nie działa. No i klub... jako beniaminek zmierza po sensacyjne, pierwsze w historii mistrzostwo Szwajcarii!
Ale dobra, dobra – uważni Czytelnicy zauważą, że nie padła w tym tekście nazwa właściciela. No bo... do końca nie wiadomo, kto nim jest. W GKS-ie to Tychy Investment Company Limited, obecnie posiadająca ok. 75 procent udziałów. Niewiele to jednak mówi, bo liczy się , kto za taką spółką stoi.
Od początku wydawało się, że to Pacific Media Group. Takie informacje podał Urząd Miasta Tychy, takie informacje podała kancelaria prawna, która dopinała proces przejęcia przed trzema laty. To właśnie PMG odpowiada za wszystkie te „sukcesy” wymienione akapit wcześniej. Pełniący obowiązki prezesa w GKS-ie Max Kothny rok temu zaprzeczył jednak, twierdząc, że PMG... nigdy udziałów w Tychach nie miało, a że jedynie pomogło w transakcji. Zdaniem p.o. prezesa właścicielem klubu jest firma z branży filmowej TSG Entertainment, której właścicielem (większościowym) jest The Seelig Group – i okej, ludzie z nią związani są w zarządzie i radzie nadzorczej.
Wszystko to strasznie zagmatwane i poplątane, ale pewne jest jedno – Pacific Media Group dotknęło GKS-u Tychy i... jak trędowaty przekazało klubowi chorobę, która trapiła też inne zagraniczne ekipy – mimo że przecież początki na Śląsku były bardzo obiecujące, zaznaczmy to wyraźnie! Szło okej! Gdy jednak Amerykanie pojawili się w Tychach, z innych miejsc Europy można było słyszeć o strategii stawiania na młodych, by ich sprzedać i zarobić. Że kasa ma dla nich wielkie znaczenie – i mamy to przy Edukacji. W końcu przed sezonem budżet klubu został ograniczony, bo... nie było awansu. Latem kadra drużyny została wyraźnie osłabiona, trenerowi Arturowi Skowronkowi rzucono kłody pod nogi, a to, co dzieje się teraz – to już czysta desperacja. Niestety, wątpliwości sprzed trzech lat znajdują potwierdzenie w rzeczywistości.
Patrząc na tyski los, można tylko schować twarz w dłoniach i gorzko zapłakać. Fot. Łukasz Sobala/Press Focus.
