Domino przegranych
KOMENTARZ „SPORTU” - Mariusz Rajek
Wszyscy znamy powiedzenie o psie ogrodnika. To pejoratywne określenie tego, który sam nie skorzysta, ale innemu też nie da. W ostatecznym rozrachunku „ja nie mam, ale i pan nie masz!” Jak w tym kawale z sąsiadem, któremu krowa tyle dobrego mleka daje. Zazdrosny kolega zza płotu nie chce takiej samej, ale żeby tamtemu zdechła.
Co to ma wspólnego z futbolem? Z takim zjawiskiem niemalże jeden do jednego mamy do czynienia w naszej piłce. Marek Papszun był niezwykle zdeterminowany do tego, aby ewakuować się do ukochanej Legii i przyznać trzeba, że była to miłość odwzajemniona, ale na razie przyniosło to same straty i to wszystkim. Legii na razie nie zbawił, przegrał z Koroną (1:2) oraz w niezwykle fartownych okolicznościach uratował remis z Arką (2:2). W efekcie nadal zajmuje miejsce w strefie spadkowej.
Porzucony przez niego Raków pod wodzą Łukasza Tomczyka też się gdzieś zatarł, punkt w dwóch wiosennych meczach (taki sam bilans jak Papszuna w Legii!) to wynik mocno poniżej oczekiwań, choć w znacznym stopniu ambitny szkoleniowiec z Częstochowy próbuje naśladować swojego poprzednika (może tu tkwi błąd?). Polonię Bytom z kolei zostawioną przez Tomczyka na pastwę Patryka Czubaka ciężko oceniać po jednym meczu, ale fakty są takie, że to mecz przegrany – 2:3 z ŁKS-em u siebie w wyjątkowo przykrych okolicznościach (Polonia prowadziła już 2:0).
Dwa punkty w pięciu meczach – to bilans, który byłby źle oceniany, nawet gdyby dotyczył biednego jak mysz kościelna beniaminka, ale to przecież pełen dorobek klubów po efekcie domina spowodowanego zamieszaniem wywołanym przez Legię i Papszuna. To, co działało w Częstochowie, niekoniecznie będzie działać w Warszawie, a to, co zdawało egzamin w Bytomiu, niekoniecznie sprawdzi się w Częstochowie? Na ferowanie tego rodzaju wniosków jeszcze poczekajmy, ale na razie takie są fakty.
Legia dalej jest beznadziejna, tak jak była, tu się nic nie zmieniło, ale swoim działaniem niszczy przy okazji dwa inne projekty, gdzie akurat wszystko działało bardzo dobrze. Jest jak ten wspomniany na początku pies...
Czy Papszun już może żałować szaleńczej miłości do Legii? Chyba jeszcze za wcześnie, a nawet gdyby tak było, na pewno nigdy się do tego nie przyzna. Prawdopodobnie jednak nie zdawał sobie sprawy, w jak wielkiej destrukcji znajduje się ta drużyna. Na razie wciąż cieszy się sporym kredytem zaufania ze strony skrajnie sfrustrowanych fanów, ale i to nie będzie mu dane na wieczność. Wedle różnych analityków spadek Legii w tej chwili jest prawdopodobny na blisko 40 procent. Nawet ci, którzy jeszcze kilka tygodni nie wierzyli w taki scenariusz, teraz muszą przyjąć go za ten, który może się wydarzyć. A przecież Papszun, idąc do stolicy, niektórym niepoprawnym optymistom dawał nadzieję nawet na… europejskie puchary! Jedno jest pewne – szkoleniowiec przy Łazienkowskiej ma zdecydowanie więcej do stracenia niż zyskania. Ziszczenie najtragiczniejszego scenariusza byłoby czymś, z czym już do końca trenerskiej kariery musiałby się zmagać i nie dałoby się zrzucić tego wyłącznie na poprzedników.
Tomczyk w Rakowie może liczyć raczej na duży komfort pracy, ale każda kolejna strata punktów będzie musiała wywoływać już nerwowość. Do Jagiellonii strata w tym momencie jest spora, a przecież przy Limanowskiego nikt o mistrzostwie marzyć nie przestał. Na razie Częstochowianie są poza strefą kwalifikacji do europejskich pucharów. W Bytomiu o ekstraklasie już w tym momencie marzą chyba jedynie kibice, osoby w klubie bardziej rozważnie stąpają po ziemi. Tak dobra jesień rozbudziła jednak mocno apetyty, wszak do dobrego przyzwyczajamy się nad wyraz łatwo.
