Do każdego zawodnika prowadzi klucz

Kilka lat temu Wisłę uratowały emocje. To także frekwencja na stadionie, żywiołowy doping. Jest jednak też druga strona, kiedy kibic nie jest zadowolony. Oceny są od Ligi Mistrzów do klasy A – mówi Mariusz Jop.

Trener Wisły jesienią najczęściej bił brawo swoim podopiecznym. Fot. Krzysztof Porębski / Press Focus

W wielu meczach byliście jak walec, który miażdżył rywali. Czy tak dobra jesień – a zwłaszcza jej początek – zaskoczyła nawet pana?

– Nie spodziewałem się aż tak wysokich zwycięstw i średniej strzelonych bramek. Zespół prezentował się bardzo dobrze i był skuteczny, ale trzeba też spojrzeć na to, z kim się mierzyliśmy. Rywale grali otwartą piłkę, chcieli iść na wymianę ciosów, a my potrafiliśmy to wykorzystać. Założenie było jasne – bardzo mocno rozpocząć sezon, ponieważ chciałem uniknąć baraży.

Wiele drużyn na spotkania z wami głęboko się cofa. Dlaczego w pierwszych kolejkach tak nie było?

– Spodziewaliśmy się ofensywnej Stali Mielec, bo trener Ivan Djurdjević lubi budować i atakować. Widzieliśmy też, że to zespół w trakcie bardzo wielkiej przebudowy po spadku i dlatego nie był zgrany. Pogoń Grodzisk Mazowiecki była pewną niewiadomą. Z jednej strony drużyna rozpędzona po awansie, ale tam też było sporo zmian, na czele z trenerem Piotrem Stokowcem, który przejął drużynę latem. Wiedzieliśmy, że Artur Skowronek wykonuje w Tychach bardzo dobrą pracę. Mieli za sobą świetną wiosnę i początek sezonu też był w ich wykonaniu obiecujący. ŁKS był jednym z głównych faworytów do awansu, z kadrą skompletowaną na start. To marzenie każdego szkoleniowca, żeby mieć piłkarzy już na rozpoczęcie przygotowań.

Lekcję futbolu daliście także Śląskowi Wrocław.

– Spadkowicz, kolejny faworyt do awansu. Pamiętam opinie z tamtego czasu, że dopiero ten mecz będzie weryfikacją Wisły. Tydzień później, że jednak kolejny. I tak dalej. Wiem jedno: u nas jest ciągła weryfikacja. Po porażce z Miedzią Legnica w ósmej kolejce czytałem, że to już koniec projektu. Ile mieliśmy „kryzysów”?

Zdarzyły się wam słabsze momenty i mniej efektywna końcówka roku z blamażem w Pucharze Polski z Zawiszą Bydgoszcz.

– Kryzys to miała Legia Warszawa i jeszcze kilka innych zespołów. Wracając do nas, rzadko się zdarzają historie, że ktoś nie przegra meczu. Sinusoidalność formy to coś naturalnego. Chodzi o to, by jak najdłużej być na górze, powyżej kreski. Na końcu patrzymy na dokonania ostatniej jesieni i jesteśmy wysoko w tabeli, z dużą przewagą. To oznacza, że wykonujemy dobrą pracę. Tak można zero-jedynkowo oceniać pracę sztabu i zespołu, ale wyniki nie mówią wszystkiego. Dla mnie ważny jest także rozwój indywidualny piłkarzy, całego zespołu, czy ma szerszy wachlarz możliwości, czy poprawił mankamenty. To samo tyczy się każdego trenera. Ja, jako główny, jestem twarzą projektu.

Bolały pana stwierdzenia o kryzysie?

– Specyfika pracy w Wiśle wiąże się z bardzo skrajnymi emocjami. Mówię to celowo, bo to nie jest racjonalna ocena sytuacji, tylko emocjonalna. W pewnym stopniu jest zrozumiała. Kibic patrzy emocjami i przeżywa to w taki sposób. Teraz ma możliwości wszystko wrzucić do internetu i to robi. To jest jego prawo. Natomiast dla nas – sztabu, zespołu – jedną z najważniejszych wartości jest zachowanie balansu emocjonalnego. Nie ekscytujemy się nadmiernie świetnymi meczami – a takich jesienią było wiele – i zachowujemy spokój po słabszym występie, remisie czy przegranej. Kiedy wokół nas zaczyna się pojawiać więcej hurraoptymistycznych lub negatywnych informacji, kluczem jest zachowanie spokoju. Bardzo o to dbamy, bo najważniejsza jest nasza wewnętrzna analiza i wnioski, które z niej płyną.

Zainteresowanie kibiców i mediów ma wiele plusów. Ale są też minusy.

– Taka jest specyfika tego miejsca. Z jednej strony piękna, bo kilka lat temu emocje uratowały ten klub. To także frekwencja na stadionie, żywiołowy doping. Jest jednak też druga strona, kiedy kibic nie jest do końca zadowolony. Tak, emocje potrafią być skrajne, a ocenianie od Ligi Mistrzów do klasy A.

Śledzi pan media społecznościowe? 

– Zazwyczaj staram się tego nie robić, ale czasami mi się zdarza. Komentarze to jedno, natomiast chcę być na bieżąco z tym, co jest w mediach. Dziennikarze są opiniotwórczy i duże znaczenie ma sposób przedstawiania przez nich rzeczywistości. Zdecydowana większość osób, które przychodzą na konferencje prasowe i interesują sięWisłą, są też jej kibicami. Oczywiście nie wszyscy, bo ktoś jest bardziej za Cracovią, ale ma taką redakcję, że też pisze o nas.

Mogę nie być fanatykiem żadnej strony Błoń?

– Różne są historie, natomiast uważam, że my wspólnie tworzymy tę rzeczywistość i społeczność. Dla mnie bycie razem oznacza tylko podążenie jedną drogą piłkarzy, trenerów, pracowników klubu i kibiców, ale także dziennikarzy. Trzeba wymagać, ale też wspierać, szukać pozytywów. Budować środowisko, pozytywną atmosferę, by pomóc zespołowi w osiąganiu sukcesów – wszystkim nam na tym zależy. Uważam, że mam obowiązek wiedzieć, co pisze się o nas w mediach. Nie muszę się zgadzać z opiniami, bo macie prawo mieć swoje zdanie. W Polsce wolimy pisać o negatywnych rzeczach. Wiem, że to trochę znak czasów, natomiast uważam, że rolą dziennikarzy jest pewne rzeczy tonować. Każdy ma swoją robotę, ale może czasami jednak lepiej poszukać pozytywów, niż uderzać w pewne tony. Według niektórych dziennikarzy Wisła miała jesienią kilka kryzysów.

Po nieudanym barażu trudno było na nowo zabrać się do pracy? Dostał pan szansę poprowadzenia zespołu od początku, przygotowania go. Jednak kilku szkoleniowców przed panem poległo w walce o ekstraklasę.

– Gra w barażach nie była oczywista, walczyliśmy o to bardzo długo. Mecz tak się ułożył, że Miedź nas wyeliminowała i nastał bardzo smutny czas nie tylko dla mnie. Rozczarowani byli piłkarze, cały sztab, kibice – ludzie, którzy ciężko pracowali, żebyśmy doszli do miejsca, w którym chcieliśmy być. Wielu piłkarzy zadeklarowało, że będzie szukać innych rozwiązań, z niektórych my zrezygnowaliśmy. Dużą niewiadomą była przyszłość Rodado – nie było wiadomo, czy zostanie, czy odejdzie. Teraz mówimy, że za nami świetna runda, ale pamiętam, ilu zawodników miałem na obozie w Woli Chorzelowskiej, gdzie posiłkowaliśmy się chłopakami z drugiego zespołu, jaka była atmosfera. Nasz świetny start wcale nie był oczywisty.

Nie miał pan na obozie kompletnego zespołu, ale był już między innymi Julius Ertlthaler.

– Prezes wykonał dwa bardzo dobre ruchy. Przyszedł Ertlthaler, lider GKS-u Tychy, i to był pierwszy sygnał, że Wisła nadal będzie walczyła o awans. Drugi kluczowy moment to podpisanie jeszcze dłuższej umowy z Rodado (do 2030 roku – przyp. red.). Angel nie był w komfortowej sytuacji. Stał w rozkroku: idzie, nie idzie. Latem doszła jeszcze śmierć potencjalnego nowego udziałowca w tragicznych okolicznościach... Wielu zawodników przyszło później, potrzebowało czasu. Zrobiliśmy naprawdę fantastyczny wynik, biorąc pod uwagę wszystkie elementy, o których teraz się już nie pamięta. Mówimy o świetnych ruchach transferowych. Tylko kiedy one były? Na niektórych trzeba było dłużej czekać, bo początkowo Wisła nie była dla nich najlepszą opcją. Nasze wyniki na początku dały mocny impuls i pomogliśmy sami sobie.

Zrobiliście dobrą reklamę.

– Jeden czy drugi zawodnik zobaczył, że jesteśmy na pierwszym miejscu, wygrywamy wysoko i może przejść do drużyny, która prawdopodobnie awansuje do ekstraklasy. Mógł sobie wpisać w kontrakcie, że po awansie będzie miał lepsze warunki finansowe, dostanie premię i tak dalej. Do tego niesamowita frekwencja i atmosfera na stadionie. Piłkarze pomogli klubowi. Po pierwsze trochę podreparować budżet, a po drugie pozyskać nowych kibiców. Wielka sprawa, że będąc w I lidze, poprzez ciężką pracę i dobrą grę, potrafimy zdobywać kolejnych fanów.

Chcieliście wypracować sobie przewagę. To się udało, macie dziewięć punktów więcej niż druga w tabeli Polonia Bytom. Teraz wystarczy to kontrolować. Brzmi prosto, ale...

– Mamy komfort i lepszą pozycję startową niż na początku sezonu. Ale to absolutnie nie jest koniec. Wręcz przeciwnie – teraz będzie trudniej. Dlaczego? Część zespołów będzie się broniła przed spadkiem, inne będą widzieć szanse na baraże albo bezpośredni awans. Nie będzie dużo meczów „o nic” dla wielu drużyn. Do tego dojdą trudne murawy po zimie. Żaden rywal nie odda nam punktów „za darmo”, na wszystko mocno zapracujemy. Myślenie o serii zwycięstw czy datach awansu to pierwszy krok do problemów. Skupiamy się na sobie, na codziennej pracy, jakości treningu, utrzymaniu dobrej atmosfery. Każdy mecz będzie bardzo wymagający – niezależnie od rywala.

James Igbekeme latem odszedł z Wisły, ale za kilka tygodni wrócił. Rzadko zdarzają się takie historie.

– Pod koniec sezonu był jednym z tych, którzy powiedzieli, że jeżeli nie awansujemy, to będzie chciał poszukać czegoś innego. To nie była wyłącznie kwestia pieniędzy, ale też ambicji sportowych. Finalnie stało się tak, że nie znalazł tego, czego szukał. Ten temat w klubie był otwarty, bo wiedzieliśmy, że to jakościowy piłkarz. Sam siebie postawił w trochę trudniejszej sytuacji. Wyszło mu to jednak na dobre, bo musiał wejść na naprawdę wysoki poziom, by wywalczyć miejsce w formacji pomocy, która jest naszą siłą.

W trakcie rundy wspominał pan o indywidualnej pracy z zawodnikami. Jak ją organizujecie?

– Jest uzależniona od czasu, który mamy między meczami. Na wiosnę tamtego sezonu było dość duże nasilenie spotkań, więc było mniej możliwości. Jesienią, poza tygodniami z Pucharem Polski, mieliśmy wiele trwających około tygodnia mikrocykli. Wtedy mamy czas, żeby poza treningiem zespołowym i formacyjnym zwrócić uwagę na trening indywidualny, pozycyjny. To nie trwa długo, są to wstawki po 10-15 minut, dwa-trzy razy w tygodniu. 

Jeżeli ktoś najczęściej występuje na skrzydle i w tygodniu nie wykona żadnego dośrodkowania, to dlaczego mamy oczekiwać, że w meczu będzie wrzucał „na nos”? Kolejny przykład – jeśli Angel Rodado nie odda po treningu dodatkowo 30 strzałów na bramkę, to nie liczmy na to, że jak w spotkaniu będzie miał piłkę na 18. metrze, to będzie miał taką skuteczność. 

Praca przynosi owoce. Czasem szybko, ale bywa, że trzeba poczekać dłużej.

– Ostatnio czytałem rozmowę z Leszkiem Piszem, który słynął ze świetnego wykonywania rzutów wolnych. Po każdym treningu ćwiczył je przez 30 minut – do czasu, jak poczuł, że ma twarde mięśnie czworogłowe uda. To jest stara piłkarska prawda: żeby robić coś dobrze lub bardzo dobrze, to trzeba to powtarzać. 

Nie ma przypadku, że mamy coś dane i nagle ktoś świetnie uderza z 30 metrów, dośrodkowuje, przyjmuje piłkę, uderza głową, wyczuwa dystans. Wszystko to ćwiczymy – w zależności od pozycji i deficytów konkretnych piłkarzy – i mamy dużą efektywność. Bardzo ważna jest chęć piłkarzy i ona jest.

5-letni syn jest oczkiem w głowie Mariusza Jopa. Fot. Mateusz Porzucek / Press Focus

Ma pan dzieci w bardzo różnym wieku. Dwoje już dorosłych, najmłodszy syn chodzi do przedszkola. Czy doświadczenie w roli ojca jest przydatne w prowadzeniu zawodników?

– To pomaga, zwłaszcza jeśli ma się dzieci w wieku zbliżonym do części piłkarzy. Każde pokolenie jest inne, inaczej odbiera komunikaty. Kluczowe jest wyczucie drugiego człowieka i umiejętność dopasowania sposobu rozmowy. Do każdego zawodnika prowadzi trochę inny klucz – ze względu na charakter i osobowość. To jeden z trudniejszych elementów w pracy trenera. Na pewno nie są to już czasy autorytarnego stylu, w którym trener mówił, a piłkarz miał tylko obowiązek słuchać. Dziś jest więcej przestrzeni na rozmowę, na wysłuchanie drugiej strony. Oczywiście wsparcie musi iść w parze z wymaganiami.

Często pan rozmawia z zawodnikami sam na sam.

– W tygodniu takich rozmów połączonych z analizą pomeczową  mam kilka. Są piłkarze, z którymi spotykam się praktycznie po każdym spotkaniu, bo tego oczekują. Patrzę dzisiaj z mojej perspektywy i z niektórymi trenerami współpracowałem jako zawodnik przez kilka lat, a nie miałem takiej rozmowy. Nie oznacza to, że trener nie zapraszał liderów, natomiast nie było tak jak teraz. Staram się rozmawiać z każdym – nawet z bramkarzem, który w danym momencie jest trzeci w kolejce do gry. Zawsze stawiam na uczciwość. Jako piłkarz oczekiwałem szczerości i teraz jako trener ją daję. Nie wierzę w upiększanie rzeczywistości, bajerowanie. Jeśli ktoś jest daleko od składu, powinien o tym wiedzieć. Co z tą informacją zrobi, to już jego sprawa. Najlepszą reakcją jest mobilizacja. Pokazałem, że nikogo nie chowam w „szufladzie”, nie zamykam mu drogi do składu, a z drugiej strony nikt nie ma zagwarantowanej gry. To wszystko jest płynne. Poza tym absolutnie naturalne jest, że piłkarz ma różną dyspozycję na przestrzeni miesięcy i moją rolą jest, by ci, którzy teraz nie grają, byli w optymalnej formie, gotowi na szanse.

Pan swoją wykorzystał jako piłkarz. 

– To, co osiągnąłem, było efektem pracy, zaangażowania i poświęcenia. Nie byłem wybitnym talentem. Zagrałem w reprezentacji, pojechałem na dwa turnieje, zdobywałem mistrzostwa Polski, puchary, spędziłem kilka lat w mocnej lidze rosyjskiej – to daje mi satysfakcję. Ale wszystko przyszło przez konsekwencję i profesjonalne podejście. 

Były zakręty w pana życiu?

– Gdy miałem 18 lat, zmarła mama. To było zaskoczenie i bardzo trudny moment. Chyba dla każdego strata rodzica jest czymś, na co nie da się przygotować. Tata odszedł kilka lat temu. Ciężko chorował. Zmarł w okresie, gdy byłem asystentem trenera Radka Sobolewskiego. Dziś z najbliższej rodziny mam brata. Święta to moment, kiedy wracam do Ostrowca Świętokrzyskiego, ale też odwiedzam groby. W sezonie często nie ma na to czasu – mecze, wyjazdy. Teraz można to zrobić spokojniej.

Strata rodzica wpłynęła na pana wybory?

– Dla mnie oznaczało to konieczność szybszego wejścia w dorosłość. Mieszkałem jeszcze w Ostrowcu, grałem w KSZO i byłem powoływany do reprezentacji juniorskich. Łączyłem to z nauką w najlepszym technikum w mieście, w klasie o specjalności z systemami komputerowymi. Treningi odbywały się przed południem, szkoła też – nie dało się tego pogodzić. Zdecydowałem się postawić na piłkę. Przerwałem technikum, później zrobiłem maturę w liceum dwuletnim i skończyłem studia. To był czas wyborów.

Decyzja sprzed lat się obroniła. Zrobił pan karierę, a nauki też pan nie zaniedbał.

– Ostrowiec Świętokrzyski był małym miastem, nie dał wielu reprezentantów. Miałem poczucie, że klub na mnie postawi, bo w tamtym czasie byłem jedynym powoływanym do juniorskich reprezentacji. Za trenera Adama Topolskiego przez pewien czas byłem kapitanem. Zupełnie nie wiedziałem, z czym to się wiąże, jakie są moje obowiązki. Po latach sądzę, że to miało mnie jeszcze bardziej zbudować. 

Z KSZO występował pan w ekstraklasie, a w 1999 roku w wieku 21 lat przeszedł do Wisły, która rosła po przejęciu przez Bogusława Cupiała.

– Po spadku w 1998 trenerem KSZO został były selekcjoner i trener Wisły Henryk Apostel. Z Krakowa wziął ze sobą czterech zawodników: Rafała Wójcika, Marcina Pasionka, Wiktora Sydorenkę i Janusza Świerada. Celem był powrót do I ligi, ale to się nie udało. Ja później przeszedłem do Krakowa niejako w rozliczeniu. Miałem zostać wypożyczony, by regularnie grać – wiadomo, po jakich zawodników sięgała wtedy Biała Gwiazda. Zostałem jednak, szybko zadebiutowałem i dodatkowo w Olsztynie zdobyłem  gola na wagę remisu.

Za kilka dni wracacie do treningów. Potrafi pan odpoczywać?

– Jako piłkarz przez wiele lat miałem deficyt bycia z rodziną. Zapewniamy radość kibicom, ale pracujemy przez większość weekendów w roku. Dlatego takie momenty jak święta są cenne – żeby pobyć razem, porozmawiać o innych sprawach niż piłka, trochę oderwać się od codziennego rytmu. Umiem rozdzielić życie zawodowe od prywatnego. Chociaż oczywiście są takie momenty, że czas z synem, którego odbieram z przedszkola i planujemy trzy godziny dla siebie, przerywa telefon od prezesa czy dyrektora sportowego. Nie jest tak, że go nie odbiorę, natomiast higiena głowy jest ważna. Każdy z nas potrzebuje odskoczni. Po to, żeby będąc w środku, być trochę na zewnątrz, aby widzieć więcej. Ta idea przyświeca mi nie tylko w tym czasie poza treningiem i innymi zajęciami związanymi z drużyną. Bardzo cenię sobie, kiedy asystenci prowadzą część zajęć, a ja z boku mogę na to patrzeć. Siłą rzeczy będąc zaangażowany w pracę w jednej grupie, nie widzę tego, co robi druga. To są dla mnie bardzo cenne obserwacje. Przyjąłem model, w którym stawiamy nie tylko na rozwój indywidualny piłkarzy i zespołu, ale też rozwój indywidualny członków sztabu.

Rozmawiał Michał Knura

Mariusz Jop

ur. 3 sierpnia 1978 r. w Ostrowcu Świętokrzyskim
Kluby jako piłkarz: KSZO (do 1999), Wisła Kraków (1999-2000, 2002-2004, 2009-2010), FK Moskwa (2004-2009), Górnik Zabrze (2010-11)
Sukcesy jako piłkarz: trzy mistrzostwa Polski (2001, 2003, 2004) i dwa Puchary Polski (2002, 2003) - wszystko z Wisłą, gra w reprezentacji Polski (27 występów, udział w MŚ w 2006 i ME 2008)

Od 24 września 2024 r. trener Wisły.

Jarosław Królewski i Mariusz Jop chca wprowadzić Wisłe do ekstraklasy
Jarosław Królewski i Mariusz Jop chcą wprowadzić klub do ekstraklasy. Fot. Mateusz Porzucek / Press Focus



Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się