Dlaczego „Hubi” Polski nie lubi
MUCHA NIE SIADA - felieton Tomasza Muchy
Jesień dopadła nas znienacka, kasztany i liście lecą na potęgę, najbardziej zaś posypały się w światku polskiego tenisa. Jednego liścia oto wypłacił Mariusz Fyrstenberg nie byle komu, bo samemu Hubertowi Hurkaczowi po meczu reprezentacji w Pucharze Davisa. Polacy przegrali w Brisbane z Australią, znowu zabrakło w ekipie „Hubisia” i było to już trzecie kolejne spalone podejście do tenisowej drużynowej ekstraklasy, a wcale nie musiało!
Oddajmy więc szybko głos „Frytce”, byłemu już kapitanowi daviscupowej drużyny: „Jesteśmy wystarczająco dobrzy, żeby awansować. Brakuje nam Hurkacza. On nie chce grać i mam nadzieję, że to się zmieni. To dość frustrujące. Inni poświęcają turnieje, walczą o każdą piłkę, a nasz najlepszy zawodnik nie gra w reprezentacji” (cytat za profilem na X „Z kortu”).
Formuła „wypłacił liścia” jest tu oczywiście przenośnią, bo nie chodzi jak widać o żaden gwałtowny akt fizycznej agresji; wszak smagnięcie słowem zostawia jednak często trwalszy odcisk niż różowy placek na policzku – na przykład na honorze.
Pytanie zasadne, czy uczniak wywołany do tablicy rozumie, co to honor? Czy rezydent Lazurowego Wybrzeża jest w stanie wczuć się w sentyment fanów sportu nad zimnym Bałtykiem? Albo czy obywatel świata z milionami na koncie wie, co znaczy grać z orzełkiem?
W tenisie – powiedzą cynicy – nie ma czegoś takiego jak reprezentacja! To sport indywidualny. Ileż to już razy przerabialiśmy! Stań sam na korcie, rozwiązuj problemy! Pomocy znikąd – ani ze skrzydła, ani od defensywnego, ani ze stopera, ani z bramy... Jesteś samiuśki w tym prostokącie jak palec. No i jaki tam Puchar Davisa? Co to w ogóle za fanaberie? ATP, WTA, ranking, dolary, dolary, dolary! To się liczy!
Zresztą – argumentują domniemani obrońcy „zliściowanego” – nie jest wcale tak, że odmawia reprezentacji! No i faktycznie – gra w styczniowym United Cup, bilety na antypody jeszcze jesienią kupione na promocji. Zakłada delikwent czerwone gacie, wciąga białą koszulę, orzełek chyba też gdzieś mignie. Tylko jeden niuans: w tej australijskiej rywalizacji tenisiści – i tenisistki – zarabiają jak w dobrze płatnym zawodowym turnieju i jeszcze im się punkty naliczają. Żadnej straty, poświęcenia, kosztu – same zyski!
I dlatego Hurkacz kalendarz miał napięty: w sierpniu Nowy Jork (US Open), we wrześniu Chiny (ATP 250), no i biletów na samolot do Brisbane (Davis Cup) już zabrakło.
Z „Hubisiem” tenisowa Polska ma problem, być może nawet głębszy niż z Darią Abramowicz. Bo psycholożka Igi Świątek to dla 99 procent kibicowskiej Polski – jako tako rozróżniającej paletki do „babinktona” od tenisowej rakiety – zło wcielone, kortowa Cruella de Mon; pozycje są jasne. Gdy nasz Hubercik to bardzo sympatyczny koleś. Jasne, tu i ówdzie pojawią się jakieś checheszki, ale jak nie kochać gościa, któremu uśmiech nie schodzi z buźki, gdy otworzy usta, wypływają z nich same gołąbki pokoju, jak huknie z serwisu, to rywal nie ma co zbierać, a niedawno dokonał nawet coming outu, ujawniając swoją sympatię, no jak nie kochać?! No tylko jemu nie po drodze z Polską.
No i słabowity jest trochę ten 30-letni chłopak – a to kolanko (wiadomo – operacje!), a to plecki, a to główka może nie domaga... I na tym rośnie rzesza zapiekłych mamek, tych troskliwych i opiekuńczych kwok, litujących się nad największym i coraz bardziej niespełnionym talentem polskiego tenisa.
W każdym razie Fyrstenberg miał dość tego niańczenia i pierdyknął papierami – ja to rozumiem. I tak przez za długie lata z pokorą i w milczeniu godnym śliniącego się Wokulskiego znosił „Hubisiowe” wykręty, a ten, niczym Bela Łęcka – nie wiadomo tylko, czy z gracją aktorki Sandry Drzymalskiej – za każdym razem kapitanowi miał do powiedzenia tylko jedno: „NIE! NIE! NIE!”.
Ale już wkrótce nasz aniołek zatęskni za grą w reprezentacji, zobaczycie! Wszak igrzyska w Mieście Aniołów coraz bliżej, a w CV trzeba się będzie wykazać narodową troską. Niech tylko zakwitną wiosenne liście...
