Dewizy, centymetry i tajemnicza blondynka
47 lat temu w polskiej lidze zadebiutował Ken Washington. Był pierwszym obcokrajowcem na naszych parkietach. Media i kibice zwariowali.
Kiedy Kent Washington grał, hale pękały w szwach Fot. PAP/Jaśkiewicz
Teraz w naszej lidze w każdym sezonie gra ponad pół setki Amerykanów. Kolejne transfery graczy zza Oceanu nikogo już nie dziwią, coraz mniej ludzi jest zafascynowanych takimi przyjazdami, stały się zwyczajne.
Cóż to jednak było w 1979 roku, gdy Ken Washington podpisał kontrakt ze Startem Lublin i zagrał pierwsze mecze na polskich boiskach. Przypomnijmy jak reagowała ówczesna polska prasa.
Wredna koszykówka i fajerwerki w powietrzu
Start był wtedy drużyną specyficzną. Jak pisał „Głos Pracy”: „Zespół lubelskich koszykarzy Startu nigdy nie cieszył się sympatią innych ligowych zespołów. Drużyna bez gwiazd płatała psikusa za psikusem murowanym faworytom, demonstrując basket, który powszechnie nazywano u nas w kraju wredną koszykówką. Właśnie owa wredność to było to, czego brakowało innym zespołom, a więc agresywna gra w obronie i to od pierwszego gwizdka”.
Pojawienie się w takim zespole czarnoskórego rozgrywającego z USA wywołało sensację. Prasa z miejsca zaczęła drobiazgowo analizować każdy aspekt jego wyglądu. Lubelska „Kamena” pisała bez ogródek: „Małe to to, ale jak wywinie kilka fajerwerków w powietrzu, to panowie: Młynarski, Lecyk czy Jurkiewicz nie wiedzą, co jest grane”.
Dwie szkoły mierzenia centymetrów
Sprawą zajął się jeden z najlepszych polskich felietonistów. Dociekliwość niektórych dziennikarzy bawiła Daniela Passenta, który na łamach „Polityki” cytował potyczki prasy z centymetrami: „W prasie obserwujemy dwie szkoły, jedna podaje, iż ma pan 176 cm wzrostu, podczas gdy druga broni swoich 178 cm. Jak jest naprawdę? — pyta redaktor Przeglądu Sportowego. - 5 stóp i 9 cali — wyjaśnia Murzyn, zaś trener Niedziela stawia kropkę nad i: - Ken ma 173 cm”.
Dla kibiców wzrost nie miał jednak znaczenia. Washington na parkiecie robił furorę, co boleśnie odczuła m.in. faworyzowana Legia Warszawa, przegrywając 93:95. Jak relacjonował „Głos Pracy”: „Washington na naszych parkietach demonstruje właśnie to, co chcielibyśmy oglądać w wykonaniu rodzimych koszykarzy. I nie przeszkadza mu nawet w grze dwóch rosłych zawodników - nie potrafili czarnoskórego koszykarza upilnować we dwójkę Kwasiborski i Raczek”. Nic dziwnego, że – jak pisał Krzysztof Woch w „Kamenie” – fani po meczach „patrzą z zazdrością w oku, myśląc: gdzież do cholery uchował się taki?”.
Blondynka i pensja dyrektora
Prasa nie byłaby jednak sobą, gdyby nie szukała drugiego dna tej „ekstrawaganckiej” decyzji o zamieszkaniu w PRL-u. „Sztandar Młodych” wprost uderzył z pytaniem: „Krąży plotka, że to dla pewnej blondynki zdecydował się pan na grę w Polsce...”. Gdy Ken zaprzeczył, zaczęły się pytania o finanse: „Czy może pan powiedzieć, że gra w Starcie opłaca się panu?”. Amerykanin tonował nastroje: „Wasza waluta nie jest wymienialna; finansowo nie robię tu interesu”, ale lokalne gazety i tak wiedziały swoje. „Kamena” wyliczała: „Ken dostaje miesięcznie tyle, ile dyrektor średniej wielkości zakładu, według mniej oficjalnych informacji suma ta ma być co najmniej dwa razy większa”.
Nie piję, nie gram w karty
Szok kulturowy rzutował też na życie prywatne koszykarza. Washington szybko przekonał się o specyfice polskiej gościnności. Sam skarżył się w wywiadach: „Kibice przychodzą do mnie do hotelu o różnych porach dnia i nocy, z różnymi, nieraz bardzo dziwnymi propozycjami. Ponieważ nie piję i nie gram w karty, muszę odmawiać”.
Dziennikarze nie potrafili też zrozumieć jego kulinarnego minimalizmu. W kultowym już dialogu na łamach „Przeglądu Sportowego” pytano go:
- Co się panu najbardziej w Polsce podoba...?
- Kurczaki i frytki.
- Przepraszam, nie dosłyszałem.
- Kurczaki i frytki.
Sytuację i narodową dumę musiał ratować wtedy trener Zdzisław Niedziela, który z powagą podsumował: „Kent je dwa razy dziennie, zawsze to samo, kurczaki i frytki. W USA też to lubił, ale u nas bardziej mu smakuje. Nasze kurczaki i frytki są lepsze”.
Zderzenie amerykańskiego profesjonalizmu z polską rzeczywistością roku 1979 stworzyło historię unikalną. Choć dziś transfery z USA to chleb powszedni, tamte naiwne, pełne podziwu i prowincjonalnych pytań artykuły pokazują, jak kosmicznym wydarzeniem był nad Wisłą każdy krok Kena Washingtona.
(pp)
