Derbowe nożyczki

WYMIANA KOSZULEK, cotygodniowy felieton Wojciecha Kuczoka

Nieomal co tydzień zmieniam się w Alojza Piontka, co to wyciągnięty na światło dzienne spod ziemi w kopalni Rokitnica zapytał o wynik meczu; nie zawadzi przypomnieć, że chodziło o rewanżową potyczkę Manchesteru City z Górnikiem Zabrze w marcu 1971, którą Anglicy wygrali, podobnie jak dodatkowe spotkanie decydujące o awansie w PEZP. Co prawda z podziemi wychodzę o własnych siłach, a szychty eksploracyjne w jaskiniach mają charakter hobbystyczny, niezawodowy, no i szczęśliwie wciąż omijają mnie tragiczne w skutkach ruchy górotworu – niemniej, wychynięcie na powierzchnię po wielogodzinnych robotach górniczych na przodku, czy choćby po całkiem sportowym, ale wymagającym sił pokonaniu głębokiego systemu studni, zawsze jest czymś w rodzaju zmartwychwstania.

Zauważyłem, że w dzisiejszych czasach wszyscy grotołazi dotarłszy do swoich powierzchniowych manatków, choćby nie wiem jak przemoczeni i zabrudzeni, zanim się zaczną przebierać, dobywają swoich telefonów komórkowych. Wtedy okazuje się, kto za kim najbardziej tęsknił w ciemnościach: większość dzwoni do rodzin, żeby zameldować szczęśliwy powrót na ziemię; ja od razu sprawdzam wyniki. Cóż, dzieci dorastają i zmieniają się w dorosłych potomków, żony rozwodzą się zwykle jeszcze żwawiej, niż wychodziły za mąż, rodzice i krewni w podeszłym wieku odumierają nas wedle nieubłaganej logiki przemijania – przywykłem do tego, że bez rodziny żyć mogę, ale bez futbolu już niekoniecznie.

Jeśli jest jakaś na tym świecie stała i niezmienna wartość, która daje mi grunt pod nogami, wyznacza stały rytm, nie podlega nastrojom, nie nuży, nie przesyca, to futbol; jeśli wracam z jaskini do życia, przyspieszam motywowany tym, żeby zdążyć na jakiś hit kolejki; jeśli miałbym coś wziąć ze sobą na wyspę bezludną, byłoby to urządzenie, pozwalające śledzić rozgrywki piłkarskie na świecie. Owóż, w niedzielę wylazłem z katedralnych przestrzeni jaworzyckiego krasu i jeszcze w zabłoconym kombinezonie dobiegłem do telefonu, wlazłem na szczyt wzniesienia, żeby złapać najlepszy zasięg, zwaliłem się w trawska i odpaliłem sobie Najstarsze Derby Śląska.

Morawskie słonko przygrzewało, szmaty jaskiniowe schły na mnie błyskawicznie, a pierwszoligowy poziom meczu, który Ruch mój umiłowany rozpoczął nader niemrawo, skłaniał ku regularnym krótkim drzemkom. Wyrywały mnie z nich pokrzykiwania komentatorów, pragnących tembrem głosu wzmóc emocje nawet wbrew skali boiskowych wydarzeń. Polonia miała przewagę, ale raziła ofensywną nieporadnością, podobnie jak Ruch, który potencjalnie groźne kontry marnował u ich zwieńczenia.

Po przerwie przewróciłem się na brzuch, żeby przesuszyć zadek i plecy, wilgotne od potu i grząskich przełazów, którymi trzeba było się przeczołgiwać między komorami – mecz się nie zmienił: oglądałem kopaninę dwóch pierwszoligowych średniaków. Bytomianie po zmianie trenera osuwają się w tabeli na miejsce adekwatne do ich potencjału (gorszy bilans od Patryka Czubaka ma bodaj tylko Łukasz Piszczek w Tychach), Ruch zaś niezmiennie na wiosnę męczy bułę, wygrywa lub przegrywa nieznacznie, bilans wychodzi na remis. W obu przypadkach można spać spokojnie – ekstraklasy z tego nie będzie.

W niedzielę różnicę uczynił Daniel Szczepan, dla Niebieskich gracz nie do przecenienia, być może gdyby go jesienią nie zabrakło, podopieczni Waldemara Fornalika spoglądaliby na tabelę z większej wysokości, może nawet tuż spod Wisły Kraków. Ale teraz bym się przesadnie nie łudził nawet serią zwycięstw – realnie Ruch stać w tym sezonie na to, by do samego końca miał baraż w zasięgu jednego zwycięstwa, ale choć serce podpowiada, że nie wszystko stracone, rozum mówi, że Niebiescy po kilku z rzędu szalonych sezonach awansowo-spadkowych, czeka teraz kilka lat spokoju i pierwszoligowego krzepnięcia.

„Szczepek” w Bytomiu znalazł w polu karnym piłkę i wykorzystał pół sytuacji gracko i walecznie, było to nawet coś w rodzaju nożyc, no, może nożyczek. I za to mu chwała, bo rasowy napastnik właśnie od tego jest, żeby mecze remisowe wygrywać dla swojej drużyny jednym, instynktownym błyskiem drapieżnika, co to wykorzysta sekundę nieuwagi obserwowanej ofiary, aby ją dopaść i ugryźć w czułe miejsce. W pierwszej lidze tabela zgodnie z oczekiwaniami przedsezonowymi przybiera przewidywany kształt – jeszcze tylko Chrobry i Pogoń Grodzisk muszą wylecieć poza szóstkę, co zapewne stanie się w najbliższych kolejkach.

Za to ekstraklasą tak tąpnęło, że się wciąż nie pozbierała do kupy – ci co mieli być na górze, bronią się przed spadkiem, a na pozycji lidera Jaga zmieniła Wisłę Płock tylko po to, żeby oddać ją Zagłębiu Lubin. Tak tęgiego bałaganu na dziesięć kolejek przed końcem nikt by nie wymyślił, wygląda to jakby miejsca zostały rozlosowane. Jeśli najwyższa klasa rozgrywkowa pójdzie nadal tropem sensacyjnym, a w Pucharze Polski wydarzy się podobny szpryngiel, w europejskich pucharach mogą nas reprezentować drużyny z Lubina, Płocka, Bydgoszczy (puchar dla Zawiszy? czemu nie?), a i gdańska Lechia tak się rozpędza, że i bez odjętych karnie pięciu punktów może sięgnąć po puchary.

Coś mi mówi, że w takim przypadku rychło postradamy to, cośmy w uefowskich rankingach nabili dzięki Lidze Konferencji, ale kto biednym zabroni grać na nosie potentatom? Z ostatniej kolejki, sowicie nakrapianej sensacjami, jeden wniosek wyciągam optymistyczny – Lech zamiast oszczędzać siły w pucharach na ligę, wreszcie zaczął czynić odwrotnie. Piątka najlepszych graczy Kolejorza zagrała w Łodzi w charakterze zmienników, kosztem porażki z Widzewem, ale może dzięki temu uda się pyknąć w czwartek Szachtara…

Polonia miała przewagę, ale raziła ofensywną nieporadnością, podobnie jak Ruch, który potencjalnie groźne kontry marnował u ich zwieńczenia... Fot. Stanisław Mucha

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się