Dekada ołowiu

Z DRUGIEJ STRONY - Paweł Czado

Nie, nie mam zamiaru odkrywać nieznanych faktów związanych z degradacją Górnego Śląska przez przemysł ciężki. Nie mam też zamiaru opisywać wybuchu tej choroby w latach 70. zeszłego wieku, śmiertelnego żniwa w okolicach huty w Szopienicach, gdzie ludzie narzekali na anemię, byli cherlawi i szybko kończyli żywot. Owszem, zostaję w latach 70., ale tym razem na chwilę przenoszę się z Państwem do... Włoch, a w tle oczywiście jest futbol, czyli calcio...

Starsi kibice, obecni na polskich stadionach w latach 80., z pewnością pamiętają sposób, w jaki lżyło się arbitra. „Sędzia, ty zmoro, ty zginiesz jak Aldo Moro” – szpetnie huczały trybuny, gdy sędzia naraził się nieprzychylnymi decyzjami. Dziś wielu nie ma pojęcia, kto zacz, więc przypomnijmy: premier Włoch, stojący na czele pięciu gabinetów, który został porwany przez bojówki terrorystyczne w lutym 1978 roku. Szukało go bezskutecznie 50 tysięcy policjantów, a w maju 1978 roku jego ciało znaleziono podrzucone w bagażniku renówki. To właśnie był szczytowy moment „dekady ołowiu”, z perspektywy Polski zupełnie niekojarzonej. Tymczasem to bodaj najstraszniejszy okres w powojennej historii Włoch. Krwawe zamachy zarówno skrajnie prawicowych, jak i skrajnie lewicowych organizacji terrorystycznych są na porządku dziennym, pogłębiają polityczny chaos, Włochy przypominają Morze Tyrreńskie, w którym niczym rekiny pływają mafiosi i skorumpowani politycy. Zrobić w tamtym czasie nielegalny interes czy zabić człowieka w mafijnych porachunkach to prawie jak kupić owoce i warzywa na włoskim targu.

Tymczasem calcio rosło jak na drożdżach. Wprawdzie dopiero w następnej dekadzie stanie się przykładem dla całego świata, ale już w latach 70. robi wrażenie. Na tronie hegemona rozsiadł się oparty na potędze Fiata i rodu Agnellich Juventus Turyn. W latach 70. Juve stało się potęgą, pięć razy w tamtej dekadzie zrobiło majstra, pierwszy raz dotarło wtedy do finału Pucharu Mistrzów (turyńczycy przegrali, pierwszy tego rodzaju sukces osiągną dopiero za Platiniego i Bońka w następnej dekadzie) i pierwszy raz wygrało europejski puchar (UEFA w 1977 roku).

Przeżywam to, bo właśnie obejrzałem włoski film fabularny „Fałszerz”, który niedawno miał premierę na Netflixie. Akcja dzieje się w Rzymie, a... „Rzym zawsze wystawia rachunek” – mówi jego główny bohater, Toni Chichiarelli. To artysta, który staje się mistrzem fałszerstw, jego kopie wielkich mistrzów są nie do odróżnienia. Robi karierę – jak wtedy każdy, kto ma zdolności, żeby nieuczciwie pomnożyć pieniądze. Tamten świat, w którym liczy się szmal, chuć i pomniejsze przyjemności, oddany jest bardzo sugestywnie. Może zakręcić się w głowie od pieniędzy, dyskotek, wielkiej sztuki i... bezwzględnej przemocy. Toni marzy o karierze wielkiego artysty. Nie chce jednak czekać, chce żyć tu i teraz! Cóż, życie na skróty zawsze prowadzi na manowce. Świetnie jest pokazane, jak zwykły człowiek staje się człowiekiem złym i nawet nie wie, kiedy to się stało...

Mnie oczywiście zauroczył poboczny wątek calcio. Futbol we Włoszech zawsze będzie wielki, bo tam zawsze – w przeciwieństwie do Polski – będą kochać go wszyscy: kierowcy i inżynierowie, architekci i dozorcy, bankierzy i rzeźnicy. Mordercy i fałszerze. To nie jest moda. To miłość oparta na znajomości tematu.

– Dlaczego wołają na ciebie „San Siro ” – pyta w pewnym momencie Toni zawodowego mordercę.
– Bo kocham Inter – odpowiada zabójca.
– Też jestem ich kibicem.
– Tak? Przekonajmy się. Altobelli?
– Przereklamowany.
– Oriali?
– Dobry jest.
– Baresi? *
– Najlepszy.
Dwóch z tych trzech za trzy lata zdobędzie mistrzostwo świata.

* chodzi o Giuseppe Baresiego, mniej znanego niż jego brat z Milanu, Franco

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się