Czy Miedź się podźwignie
Nie chodzi o wyjście ze strefy spadkowej, ale o... awans.
Gdzie jest piłka? - zastanawiają się Patryk Sokołowski, sędzia Jarosław Przybył i Juliusz Letniowski. Fot. Gleb Soboliev / PressFocus
Porażka dociska kark do ziemi
Po ostatniej porażce legniczanie zmienili trenera, ale w jego debiucie nic to nie dało w kontekście tego, co najważniejsze - punktowania. Cztery mecze, zero punktów, bilans bramkowy 5:13. Z faktami się nie dyskutuje, ale niekoniecznie trzeba na nie patrzeć jedynie w czarnych barwach. Miedź nie zagrała we Wrocławiu beznadziejnie.
- Oczywiście liczyłem na zdobycze punktowe, choć wiedzieliśmy, że tutaj nie będzie łatwo. Nigdy nie będę zadowolony po porażce, to przekazałem swojej drużynie. Jednak przez dni poprzedzające mecz zespół wykonał dużo pracy, która jest dla nich nowa, z wieloma zmianami - zaznaczył po spotkaniu Janusz Niedźwiedź. Dokonał zmian nie tylko w pierwszej jedenastce, ale także korekt w ustawieniu drużyny. Od pierwszej minuty zagrał m.in. debiutujący Gleb Kuczko.
Wiadomo, że wiele zepsuła czerwona kartka dla obrońcy Bartosza Kwietnia, który dwa razy zbytnio przyostrzył i przy stanie 1:1 Miedź musiała grać w dziesiątkę. Ciekawe, że w samej końcówce miała jeszcze szansę na remis - gdyby Jacek Podgórski w ekwilibrystycznej pozycji trafił strzałem przewrotką na 2:2, to zaraz potem Stanclik nie zdołałby dorzucić dla gospodarzy trzeciego gola. W Legnicy teraz muszą otrzeć łzy i zacisnąć zęby... Przed Miedzią domowy mecz z ŁKS-em. Ciekawe, jak poradzi sobie z presją, bo piąta porażka z rzędu to już będzie jednak otwarty pożar, a nie tlący się dym. Tyle że ten zespół personalnie jest dobry i - jak się wydaje - jest w stanie podjąć to wyzwanie, rzeczywiście trudne pod względem psychicznym. Każda porażka z rzędu dociska kark do ziemi, a wszyscy wokół zaczynają odliczanie...
Spokój po wrocławsku
Odmienne nastroje u lokalnego rywala. Śląsk prezentuje się dobrze, nie ma tam nerwowych ruchów. Wydaje się, że Ante Simundza panuje nad sytuacją. Pewności co do sukcesu na koniec sezonu nie ma, ale kibice Śląska, wierząc w szybki powrót do ekstraklasy, nie odlatują w kosmos, i wydaje się, że to możliwe. Simundza nie słodzi, ale i nie marudzi. - Wierzę, że zasłużyliśmy dziś na trzy punkty, choć mecz był bardzo trudny. Miedź okazała się bardzo fizycznym zespołem i zmieniła swój pomysł na grę, przez co wyglądała inaczej niż zakładaliśmy - przyznał. W takiej sytuacji, gdy u zdołowanego przeciwnika pojawia się nowy trener, który wiele zmienia, rzeczywiście trudno przygotować się do spotkania. Śląsk jednak dał radę. - Po obejrzeniu całego spotkania jestem jednak przekonany, że to my zasłużyliśmy na zwycięstwo. Oczywiście, każdy chciałby wygrywać wysoko, wtedy kibice mają więcej radości, ale dla nas, trenerów, takie mecze są bardzo stresujące. Każda wygrana jest cenna, ale jeśli strzelimy więcej niż jedną bramkę, to jestzawsze pozytywna sprawa.
Każdy mecz przynosi nowe sytuacje, nowe zestawienia, nowe konfiguracje i nowe oceny. W Śląsku po raz pierwszy zagrali jednocześnie Przemysław Banaszak i Damian Warchoł. Simundza przyznał, że zmusił Śląsk do tego rozwój sytuacji na boisku. - Warchoł grał dziś na pozycji numer 10, a Banaszak był wysuniętym napastnikiem. Chcieliśmy wywrzeć większą presję na rywalu. Warchoł miał dwie dobre okazje po strzałach głową, a Banaszak później zdobył bramkę. Właśnie w takich momentach, jak dzisiaj, można mocniej przycisnąć przeciwnika - wytłumaczył słoweński trener. Wyszło na jego.
(pacz)
