Czułem, że potrzebuję przebić sufit

Rozmowa z Łukaszem Tomczykiem, nowym trenerem Rakowa Częstochowa

Łukasz Tomczyk został nową twarzą projektu Raków. Czy doścignie sukcesami Marka Papszuna? Fot. Grzegorz Misiak/PressFocus

RAKÓW CZĘSTOCHOWA

Punkt straty do lidera w ekstraklasie, 1/8 finału Ligi Konferencji, szansa na Puchar Polski – pozycja wyjściowa Rakowa jest wprost doskonała. Można powiedzieć, że trener Tomczyk przychodzi „na gotowe”?

- Czy „na gotowe”? Pod kątem wynikowym na pewno tak, chociaż są to nieco inne okoliczności niż choćby w momencie, gdy Raków przejmował Dawid Szwarga. Okoliczności, miejsce w tabeli, etap rozwoju na jakim jest zespół, poziom ligi, która zrobiła bardzo duży postęp – wszystko to jest w innym miejscu niż jeszcze kilkanaście miesięcy temu. Każdy mecz wiosną będzie bardzo ważny i może okazać się decydujący.

Michał Świerczewski powiedział, że to były bardzo łatwe negocjacje. Faktycznie tak było? Nie miał pan żadnych wątpliwości przed zostawieniem Polonii Bytom na rzecz większego projektu?

- Oczywiście, że zawahanie było. Przed wszystkim pod kątem zawodników oraz ludzi, z którymi współpracowałem, bo człowiek bierze za nich odpowiedzialność. Część ludzi ze mną współpracowała od momentu bycia asystentem, jak Paweł Oleksy czy Wojtek Mróz. Podejmując taką decyzję musisz myśleć, co się z nimi stanie, czy będą mieli pracę, gdy przyjdzie nowy trener? To są ludzie, którzy zrobili dużo dobrego. Również zawodnicy są ważni, przykładowo z Tomkiem Gajdą mam bardzo dobrą relację. On się rozwinął w Polonii, ja również się rozwinąłem przy nim. W głębi duszy jednak od początku wiedziałem, że przychodzi taki moment, że zwyczajnie „musisz”, jeśli chcesz w sporcie robić kolejne kroki. Jeśli mam być szczery, czułem, że potrzebuję przebić swój sufit i iść dalej. Trudno było z tym wygrać.

A Raków ma swój sufit? Patrząc na dokonania ostatnich lat wydaje się, że nie…

- Nie ma. To jest właśnie siłą tego klubu. Nikt tu nie patrzy przez taki pryzmat, że czegoś się nie da. Oczywiście, że są różne problemy, z którymi trzeba się gimnastykować, wspominał o tym nawet podczas konferencji prasowej Michał Świerczewski. Z pewnymi rzeczami w innym miejscu byłoby chyba łatwiej. Stadion i kilka innych rzeczy bardzo mocno by się przydało, bo wpływ choćby z dnia meczowego jest w Rakowie prawie żaden. Jeśli jesteś w sporcie, musisz podjąć rywalizację i przekonywać zawodników, że sufit nie istnieje.

Pierwsza emocja związana z funkcją objęcia pierwszego trenera w Rakowie to?

- Czyste wzruszenie związane z zatoczeniem pewnego koła. Ta myśl, że zapracowałeś sobie na to, a kiedyś nie byłeś brany pod uwagę jako trzeci asystent w rezerwach, które grały w IV lidze. Czasami sami siebie nie doceniamy. Może, gdy kurz opadnie, siądę sobie w domu za 10 lat i spojrzę na tę drogę, to docenię to jeszcze bardziej. Ostatnio ktoś mi powiedział, że to materiał na książkę. Jak przeanalizowałem na spokojnie, doszedłem do wniosku, że faktycznie jest w tym coś nieoczywistego. Patrząc pod takim kątem, to jest właśnie wzruszenie.

Raków jakiś czas temu nawiązał szerszą współpracę ze Skrą. Pan bliżej był związany z Victorią. Jak te relacje z mniejszymi klubami z miasta będą teraz wyglądać?

- Współpraca ze Skrą to bardzo dobry pomysł, wiele klubów za granicą tak postępuje, choćby Red Bull Salzburg współpracuje z klubem drugiego poziomu o zupełnie innej nazwie. Szkoda, że Skra nie gra trochę wyżej, ale trzecia liga to też całkiem niezły poligon na pierwszy moment w seniorskiej piłce. Co do Victorii, to z nią też jest pewna współpraca i to jest bardzo dobry kierunek. Tak to funkcjonuje na Zachodzie. Tak jak mówiłem ostatnio w innym wywiadzie: dorośli faceci osiągają sukcesy, gdy ze sobą współpracują.

Widzi pan w Polonii piłkarza, którego już teraz dałoby się zaadaptować do Rakowa?

- Na pewno Oliwier Kwiatkowski, Axel Holewiński... Matej Matić ma też pewne predyspozycje ku temu, Jakub Szymański podobnie. Część zawodników Polonii, po przejściu procesu w Rakowie, w moim odczuciu dałaby radę i doszlifowała do tego poziomu, myślę tu choćby o Tomku Gajdzie. Wiadomo jednak też, że w piłce jest coś takiego jak właściwy czas i miejsce. Nie stawiam jednak nikomu sufitu, wymienieni na początku według mnie daliby radę od razu, bo mają odpowiednią pewność siebie.

Rozmawiał Mariusz Rajek

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się