Czekają długo. I wreszcie czują szansę!
Rozmowa z Ivicą Vrdoljakiem, byłym piłkarzem chorwackim, trzykrotnym mistrzem Polski w barwach Legii
Marko Livaja (w białej koszulce) w lidze chorwackiej jeszcze czasem straszy. W pucharach – już coraz rzadziej. Fot. Pixsell/SIPA USA/PressFocus
Patrząc na wyniki ligowe – począwszy od porażki, przez remis, po ostatnią wygraną – powoli rozkręca się Hajduk?
- Powiedziałbym, że to taki start... na miarę Hajduka. Nie mają w Splicie takiej kadry, żeby punktować w każdym meczu, szczególnie gdy równolegle grają w pucharach europejskich. A w tym sezonie na razie w Europie idzie im nienajgorzej, więc – będąc już na etapie play off - poczuli szansę, że może być inaczej niż w minionych latach. Przecież od ostatniego udziału w fazie grupowej pucharów minęło już wiele lat (sezon 2010/11 – dop. aut.), a od wymarzonego mistrzostwa kraju – jeszcze więcej (2005 – dop. aut.). Pewnym pocieszeniem byłby więc fakt, gdyby – dzięki udziałowi w fazie ligowej – do Splitu zaczęły przyjeżdżać takie drużyny, na jakie to miasto i ten klub zasługują.
Żeby wejść do fazy ligowej, trzeba przeskoczyć Raków.
- Owszem. Ale Chorwaci widzą, że Raków ma w tym momencie problemy i czują szansę.
Porażka w drugiej rundzie eliminacji Ligi Europy z Cypryjczykami z Pafos była wielkim rozczarowaniem?
- Myślę, że w Splicie bardzo żałują tego dwumeczu. 2:0 to dobry wynik u siebie. Prawie utrzymali przewagę w rewanżu, tracąc gola na 0:2 w 90 minucie. Można było spróbować dowieźć korzystny wynik... - stąd owo rozczarowanie. Z drugiej strony – po samym losowaniu wszyscy mówili, że Pafos jest zdecydowanym faworytem. A walka była wyrównana. Zdecydowało być może doświadczenie zebrane przez Cypryjczyków w poprzedniej edycji Ligi Mistrzów. Poza tym – co tu dużo gadać: wyszły te słabości Hajduka, które od lat powodują, że odpada w kwalifikacjach, i że dziś – wbrew tradycji i historii – jest już nie drugim, po Dinamie Zagrzeb, a trzecim klubem chorwackim. Wyprzedziła go Rijeka, której udaje się kwalifikować do faz ligowych pucharów. Rijeka to taka chorwacka Jagiellonia. Model budowy i funkcjonowania jest bardzo podobny, budżet – jak sądzę – także.
A gdzie szukać atutów Hajduka?
- Być może w osobie trenera Gonzalo Garcii. W Chorwacji pracował wcześniej w NK Istra. To mały klub, bez presji, więc mógł realizować swój program. Przekonał podopiecznych do swej wizji; do próby posiadania piłki, utrzymywania się przy niej, do natychmiastowego skoku pressingowego po stracie. Oczywiście nie zawsze się to udaje – ani w Istrii, ani w Hajduku; ale taki styl chce się oglądać.
W kadrze Hajduka rzuca się w oko obecność Marko Livaji – faceta z przeszłością w Hiszpanii i we Włoszech, o Grecji czy Szwajcarii nie wspominając. Od czasu powrotu do Splitu trzy razy był już królem strzelców ligi chorwackiej. Gra na miarę gwiazdy?
- Umiejętnościami bezwzględnie się wyróżnia. Ale boiskową postawą - już niekoniecznie, zwłaszcza w pucharach. Wydaje mi się, że w ciągu pięciu lat w Europie nie zdobył w nich dla Hajduka żadnej bramki (w rzeczywistości strzelił jedną, w sezonie 2024/25 – dop. aut.). Prosto to wyjaśnić. W europejskich meczach im obrona przeciwnika jest wyżej, tym większy problem ma Livaja. Nie ma już bowiem dawnej szybkości i już nie może uciec obrońcom. Przy takim sposobie gry przeciwników jest za daleko od bramki. A jeżeli Marko Livaja jest daleko od bramki, to wtedy nie jest groźny. Sześć lat temu wracał do kraju z silnym postanowieniem, że przywróci Hajduka na mistrzowski tron. Nie udało się. Nie udało się też załapać do fazy grupowej czy ligowej żadnego z pucharów. Dziś więc już nie powiedziałbym, że jest postacią numer jeden w drużynie. Co więcej; w tym sezonie stracił nawet miejsce w podstawowym składzie!
No to jeśli nie Livaję, to kogo nazwać dziś można liderem zespołu?
- Myślę, że Michele'a Šego. Ostatnio wyszedł nawet z opaską kapitańską i rzeczywiście rzuca się w oczy. Wymieniłbym też jeszcze młodego (w tym roku skończy 22 lata – dop. aut.) Rokasa Pukštasa, zawodnika środka pola.
Opowiada pan o Hajduku w taki sposób, jakby to Raków miał być faworytem. A u nas raczej postrzega się te szanse odwrotnie.
- Każda z drużyn ma swoje – niekoniecznie boiskowe – atuty. W Splicie jest nim atmosfera na stadionie; taka jak na meczach Górnika w Zabrzu. Zresztą trudno się dziwić, skoro tu i tu króluje Torcida. Na trybunach będzie bardzo głośno i bardzo gorąco. Z tego punktu widzenia fakt, że pierwszy mecz Hajduk gra u siebie, też jest atutem. A Raków? Przewagą Częstochowian jest doświadczenie zdobyte w ostatnich latach w europejskich pucharach. Oni - jak Pafos - już wiedzą, jak „dotrwać” do fazy grupowej. Hajduk tego nie potrafi. Ja wiem, że to jest już nowy Raków, że nie ma tam już Marka Papszuna, i że boryka się z bieżącymi problemami. A skoro ani jedni, ani drudzy nie są w optymalnej formie, to szanse dzielę po równo: 50 na 50. Myślę, że kluczowy – zwłaszcza dla gospodarzy – będzie pierwszy mecz, u siebie. Głównie dlatego, że na wyjazdach – nie wiadomo czemu – Hajduk wygląda bardzo źle.
Raków generalnie wygląda nielepiej. Może poza Patrykiem Makuchem...
- A mnie się u progu tego sezonu podoba Oskar Repka. Widać, że daje stabilność drużynie.
Rozmawiał Dariusz Leśnikowski

Ivica Vrdoljak szanse w rywalizacji chorwacko-polskiej rozkłada po równo.Fot. Rafał Oleksiewicz/Press Focus
