Co zostało w głowie po Ruchu z Wisłą?

W Meczu Mistrzów na Stadionie Śląskim najmniej istotny wydawał się… sam mecz. Choć wydawało się to niemożliwe, ubiegłoroczny rekord frekwencji na meczu ligowym w Polsce znów został pobity, dokładnie o 21 widzów.

Race na stadionach są zakazane, choć trzeba przyznać, że w niedzielę wyglądały wyjątkowo efektownie/Fot. Marcin Bulanda/PressFocus

RUCH – WISŁA

W niedzielę 53 314 osób oglądało I-ligowe starcie Ruchu Chorzów z Wisłą Kraków i kolejny raz było to wydarzenie tak wyjątkowe i nietuzinkowe, że mówić i pisać będzie się o nim jeszcze długo. To socjologiczny fenomen, bo poprzednie trzy domowe mecze Niebieskich kręciły się poniżej dziesięciu tysięcy. W tym miejscu znajduje się chyba największe pole do poprawy w szeregach marketingu i promocji Ruchu. Nowego obiektu w Chorzowie szybko nie będzie, a więc Niebiescy skazani są na Stadion Śląski. Dobrze by było, aby podczas meczów ligowych ze zdecydowanie mniej atrakcyjnymi rywalami frekwencja nie była aż tak rażąco mniejsza. Inna sprawa, że Ruch ma problem z wygrywaniem, gdy widownia zaczyna przekraczać 20 tysięcy…

Maksymalna mobilizacja

Z trybun Niebieskich wspierali fani z Siemianowic, Jaworzna, Radlina, Świętochłowic, Żor, Mikołowa, Zawiercia, Łazisk, Pszowa, Raciborza, Orzesza, Myszkowa, Mysłowic, Kętów i pewnie wielu innych, czego nie zapomnieli zakomunikować na wywieszonych flagach. Wydaje się, że społeczność Ruchu wycisnęła absolutne maksimum. Wzajemne życzenia awansu fani oraz pracownicy obu ekip składali sobie zresztą co chwilę. Paradoksalnie, na poziomie ekstraklasy starcie Ruchu z Wisłą raczej nie byłoby już takim świętem. Po pierwsze, po dwóch eventach może przyjść pewne nasycenie, po drugie – w wyższej lidze raczej ciężko byłoby oczekiwać, aby był to mecz na szczycie pod względem stricte sportowym; wreszcie po trzecie – na poziomie I ligi taki mecz to największe święto sezonu, w ekstraklasie spotkanie jak jedno z wielu. Na niedzielnym Meczu Mistrzów wypadało po prostu być i nie sposób nie mieć wrażenia, że samo widowisko sportowe było jego najmniej istotnym elementem.

Oprawa na światowym poziomie

Nie był to zresztą mecz z gatunku tych, które wspominać się będzie po latach. W pierwszej połowie lepszy był Ruch, w drugiej Wisła i skończyło się remisem 1:1. Rezultat idealny jak na mecz dwóch zaprzyjaźnionych ekip przystało. W drużynie Białej Gwiazdy wyjątkowo widoczny i bolesny dla jakości był brak kontuzjowanego Angela Rodado, który uwielbia brać udział w meczach dla tak licznej i żywiołowej publiczności. Dla kibiców ważniejsze było pochwalić się tyle efektownym, co zakazanym pokazem rac. Trzeba przyznać, że niebieskie racowisko w otoczeniu efektownego transparentu: „Kraina, która nie zna półcieni – tu znikasz w dymie lub w blasku racy się mienisz” robiło wrażenie, a powietrze nad boiskiem na długo zostało spowite niebieskim pyłem. Oprawa, zarówno ta oficjalna przygotowana przez organizatorów, jak i kibicowska, stały na najwyższym poziomie. Piłkarzom na prezentacji towarzyszyły tradycyjne ludowe zespoły, odśpiewano również oba hymny.

Organizatorów warto pochwalić za sprawną komunikację w dotarciu na stadion przed meczem, nawet pół godziny przed pierwszym gwizdkiem nie trzeba było stać w gigantycznych korkach. Zdecydowanie gorzej było Śląski opuścić. Olbrzymie zatory tworzyły się nie tylko w przystadionowych uliczkach, ale nawet na wielu kilometrach A4, co związane było z powrotem grubo ponad 20 tysięcy kibiców w różne rubieże Małopolski.

Mariusz Rajek

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się