Chwała zwyciężonym!
MUCHA NIE ŚPI - Tomasz Mucha
Magda Linette i jej demony pierwszej rundy Wielkiego Szlema… Fot. PAP/Marcin Cholewiński
Szkoda, że bilans siedmiu godzin polskiego poniedziałku na kortach Melbourne Park – u nas była nocka lub wczesny ranek - wyniósł 2-2, ale w gruncie rzeczy wydaje się sprawiedliwy. Do kolejnej rundy pewnie przeszły dwie rozstawione Polki (Świątek i Fręch), dwie niżej notowane pożegnały się z turniejem singlowym.
O wyjątkowej Mai Chwalińskiej – tak wyrafinowanego tenisa w WTA Tour nie gra chyba nikt! – piszemy w rozmowie z Piotrem Szczypką (obok). Filigranowa Polka uległa fizycznej sile niemal dwa razy większej Jule Niemeier, która niczym niemiecki czołg bez pardonu parła na Polkę i właściwie ją „rozstrzelała”. Jestem jednak niemal pewny, że grą i wynikami unikatowej dziewczyny z Dąbrowy Górniczej będziemy się cieszyć jeszcze nieraz, a nie tylko podziwiać ją za wielkie serce i bezgraniczną przyjaźń z Igą Świątek, której nie tak dawno w Sydney okładała lodem rozgrzaną głowę. Nie mam wątpliwości, że gdy Maja sama ochłonie, wkrótce zostanie czwartą Polką w Top 100.
Żal mi dziś bardziej Magdy Linette, która przegrała praktycznie wygrany bój z Japonką Uchijimą. Oczywiście, są tacy, którzy „z kanapy” będą psioczyć na poznaniankę, ale daj nam Panie Boże więcej takich sportowców! To osobowość niezwykła, o szerokich horyzontach, inteligentna, wrażliwa (co dla sportowca bywa przekleństwem), a przy tym dziewczyna od ponad dekady plasująca się w światowej czołówce jednej z najbardziej popularnych dyscyplin na kuli ziemskiej. To wszystko na korcie osiągnęła pracą, hartem ducha, uporem i przełamywaniem własnych ograniczeń, wielokrotnie z mozołem podnosząc się po kolejnych upadkach – i dlatego zasługuje na nasz bezwarunkowy szacunek. W myśl łacińskiej sentencji „Gloria victis”, czyli chwała zwyciężonym!
Wszak jj eszcze niedawno Linetteświętowała jeden z największych triumfów w karierze, wygrywając turniej w Pradze, a jednocześnie w tym samym 2024 roku cztery razy spadała w czarną przepaść, odpadając już w pierwszych rundach Wielkiego Szlema. Ot, słodko-gorzki urok zawodowego sportu. Niestety, w Melbourne demony wróciły, choć przecież dwa lata temu Linette osiągnęła w Australian Open życiowy sukces – półfinał. Za miesiąc Pani Magda skończy 33 lata i na pewno bliżej jest końca kariery niż dalej, a takie mecze jak ten z Japonką solidnie odchoruje – bo taka jej „uroda”. I dlatego tak bardzo życzę jej kolejnego efektownego come backu. A wszelkie nawoływania do rzucenia rakiety „na zawsze” uważam za grubo przesadzone - Linette zrobi to zapewne na własnych warunkach i z podniesioną głową.