Chłop pańszczyźniany a nowoczesna gospodarka
Rozmowa z Andrzejem Strejlauem, byłym selekcjonerem reprezentacji Polski, członkiem sztabu na mistrzostwa świata w 1974 roku
Andrzej Strejlau niezmiennie uważnie śledzi, co dzieje się w polskiej piłce. Fot. Adam Starszynski/PressFocus
Przed nami mecz z Holandią. Będzie się działo...
- Janek Urban jest w bardzo trudnej sytuacji i... doskonale sobie z tego zdaje sprawę. W jednym z wywiadów stwierdził, że ta drużyna nie ma płynności gry. Ma rację, bo niby skąd! Jakim cudem miałaby mieć? Na podstawie sześciu czy iluś tam wspólnych treningów czy trzech zgrupowań?! Prawda taka, że nawet dokładne monitorowanie formy poszczególnych zawodników - przez Janka i cały sztab - piłkarzy grających w przeróżnych klubach europejskich nigdy nie zastąpi wspólnych treningów, a selekcjoner ma raptem "dwa i pół treningu" na każdym zgrupowaniu...
Jest pan więc optymistą przed tym meczem czy raczej pesymistą?
- To nie ten podział... Decydują realia i codzienność. A codzienność jest taka a nie inna. Na jakiej podstawie my mamy wymagać od pana Urbana:
a) płynnej gry - której nie ma, bo przecież nie może być;
b) zgrania poszczególnych formacji. Nie można wymagać sprawnej gry pozycyjnej w momencie, gdy nie była ćwiczona, bo nie ma kiedy....
Selekcjoner i tak jest skazany na pracę indywidualną swoich zawodników w klubach zagranicznych. A oceniając zwracajmy uwagę, jaka jest siła gry przeciwnika. Teraz jest on bardzo trudny, ale naszą reprezentację stać było na bardzo dobry wynik na wyjeździe, Janek Urban osiągnął go w swoim debiucie... Byłem pod wrażeniem. Pamiętam też podobny wynik z tymi samymi Holendrami za czasów, gdy sam prowadziłem reprezentację. W 1991 roku zremisowaliśmy w Rotterdamie 2:2. Prowadziliśmy 2:0, u rywali grali van Basten, Bergkamp, Koeman czy Rijkaard. U mnie po raz ostatni w reprezentacji zagrał wtedy Włodzimierz Smolarek, powołałem go, bo świetnie spisywał się w holenderskim Utrechcie. Wtedy nie strzelił setki Stanleyowi Menzo, nie miałem, broń Boże, pretensji, zrobił wszystko, co mógł. Tymczasem niektórzy dziennikarze śmiali się ze mnie, po co ja go powołałem. Zabrakło szczęścia - tydzień później ten sam Smolarek strzelił temu samemu Menzo gola w lidze holenderskiej. Włodek był wtedy w dobrej formie i powołanie było uzasadnione, choć miał wtedy 35 lat. Pamiętam, że przed meczem przyszedł do mnie i powiedział: "Trenerze, pracowałem z panem w Legii. Pan mi chyba wstydu nie narobi i na rezerwie mnie nie posadzi?". A ja na to: "Patrz, ty będziesz kandydatem na dobrego trenera. Będziesz siedział na rezerwie i będziesz mi potrzebny około 70 minuty gry". Sprawdźcie - wszedł chyba w 68 minucie (sprawdziliśmy, dokładnie tak było! - przyp.red). Do dziś jestem mu wdzięczny jak i wszystkim moim ówczesnym zawodnikom - zarówno tym, którzy grali w podstawowym składzie, jak i grali mało, a może czuli się z tego powodu pokrzywdzeni. Prawda taka, że my, trenerzy, bez drużyny, jesteśmy tylko i wyłącznie dodatkiem. My mamy dać własną wiedzę, a oni - talent i pracę. Wtedy i dziś - zawodnicy znają terminarz. Dlatego na mecze reprezentacji muszą przyjeżdżać przygotowani kompletnie. Także przed najbliższym meczem z Holandią...
Wiele wskazuje na to, że zagramy w barażach dzięki zajęciu drugiego miejsca w grupie.
- Trzeba pamiętać o tym, że baraż to już nie tylko sprawa formy, ale i psychologii. To nie są sprawy łatwe, to zupełnie inne ciśnienie - mimo że mówimy o zawodnikach, dla których piłka jest zawodem.
A czy nasza obecna reprezentacja jest pana zdaniem silna psychicznie?
- Zbyt mało meczów pod okiem Jana Urbana rozegrała, żeby tak sądzić. Owszem, w pierwszym meczu z Holendrami udało jej się straty odrobić. Matty Cash wyrównał. Ale jeśli chodzi o wzajemną współpracę na boisku - bywało różnie.
Rozmawiamy na Górnym Śląsku, z czym kojarzy się panu ten region jako trenerowi?
- Zacznę od... porażek z drużynami śląskimi, gdy tu przyjeżdżałem z drużynami, które trenowałem (uśmiech). Umówmy się - Śląsk był potęgą piłkarską, ileż tu było wspaniałych drużyn. Tu i w sąsiedztwie - ja na przykład miło wspominam tak nielubiane na Śląsku - nie wiadomo dlaczego - Zagłębie Sosnowiec. Kiedy Polska, podobno Zjednoczona Partia Robotnicza, w której nigdy nie byłem, nie puściła mnie na kontrakt zagraniczny, zamiast mnie do Larissy pojechał prosto z Oslo Jacek Gmoch - opuściłem Legię i przeszedłem do Zagłębia. Poznałem w Sosnowcu cudownego człowieka, który odpowiadał za sport - posła Romana Stachonia (m.in. prezesa śląskiego OZPN, w latach 1978-87, posła siedmiu kadencji - przyp. red.). To był człowiek rozsądny. Nic od niego nie chciałem i on to zapamiętał. Nie chciałem mieszkać w żadnych hotelach, dostałem klucze i mieszkałem przy stadionie Zagłębia.
Mówił pan wtedy, że gdy przychodzi nowy trener to drużyna dostaje impulsu.
- No tak, chcieli się pokazać. Przychodzi nowa miotła i zamiata... Oczywiście - zawsze znajdą się piłkarze, którzy stwierdzą: "a ja i tak mam miejsce i co on mi zrobi... Ale na wszelki wypadek potargam trochę na treningu..."(uśmiech). Tak to już jest w piłce. Siedzimy tu w czterech, każdy z nas ma inną wizję piłki. I dlatego ta piłka ciągle się rozwija, dzięki różnym spojrzeniom.
Piłka się zmienia, zmieniają się więc też regulaminy rozgrywek międzynarodowym. Uważa pan, że nowa formuła Ligi Mistrzów to dobry pomysł?
- Uważam, że tak. Obecne puchary europejskie są szansą dla drużyn słabszych. Ale i tak zwycięzca jest tylko jeden, liczy się tylko on, drugi to pierwszy przegrany. O drugim czy trzecim trzeba w gazetach napisać, ale zwycięzca bierze wszystko.
Czy polskie kluby mają szansę gonić te mocniejsze, bogatsze - z zagranicy?
- Myślę, że ważne jest spojrzenie na piłkę, sposób jej rozumienia. Tworzą się nowe pojęcia, choć nie wszystkie akceptuję. Przyznam, że nie znoszę słowa "wahadłowy". Moi dziadkowie mieli kiedyś piękny zegar, miał efektowne wahadło i tyle w tej kwestii. Dziś piłka ewidentnie stała się apozycyjna i trzeba o tym pamiętać. Na zachodzie Grygierczyka czy Czado, jako środkowych obrońców, nie interesuje, kto ich zastąpi na pozycji, jeśli ich drużyna po odebraniu piłki zaatakuje, a oni wezmą udział w tej akcji. Tak ta piłka obecnie wygląda, ale nie u nas, niestety... U nas piłkę ciągle się prowadzi - tylko nie wiem po co i dlaczego... Szybki atak na zachodzie trwa od sześciu do ośmiu sekund, a u nas w kraju - do osiemnastu! To są te różnice... W pucharach gramy więc w trzeciej lidze europejskiej i to dobrze, że nasze drużyny w miarę się spisują. Powolutku to idzie u nas do przodu, ale generalnie wciąż nie ma stabilizacji.
Trenerzy? Owszem trenerów zwalnia się na całym świecie, ale powinien być umiar. Sam kiedyś, kierując szkoleniem, doprowadziłem do powstania przepisu, że jeśli trenera zwolnią w trakcie rozgrywek - nie ma prawa do końca rundy podjąć pracy gdzie indziej. Nie jeździj po meczach, nie kłaniaj się prezesom. Jak będą cię chcieli, to cię wezmą... U nas są ciągłe zmiany. Wiecie, ilu zawodników zagranicznych wystąpiło w kolejce ligowej dwa tygodnie temu?
?
- Polaków 102, obcokrajowców - 174. Pytam się: to nam jest taka liga potrzebna? Uważam, że w każdej drużynie powinna być gwarancja gry dla minimum sześciu Polaków. Prezesi mogą sobie zatrudnić nawet 25 ludzi z zagranicy. Przy gwarancji gry dla Polaków... Wtedy jest zacięta rywalizacja na treningach, a to rywalizacja tworzy postęp. Albo idziemy w rozwój piłki, albo - w stagnację. My teraz mamy stagnację... Na ostatnim zjeździe PZPN nie było żadnej merytorycznej dyskusji.
Ale czy gwarancja miejsca pracy dla polskich piłkarzy nie będzie sprzeczna z traktatami Unii Europejskiej, które Polska kiedyś podpisała?
- Nie, kochani! Nie ośmieliłbym się łamać prawa europejskiego, nie. Jednak to związek ustala, co wolno, a czego nie wolno! Bronimy w ten sposób podstawowych praw naszego kraju. Mamy prawo określać ramy w jakich działamy. Trzeba dawać szansę Polakom, żeby mieli szansę grać. Czy jeśli w meczu ligowym wyjdzie w podstawowym składzie i z ławki 16 zawodników, a aż 14 z nich jest z zagranicy - to czy może nam to odpowiadać? A jeśli ktoś się nie zgadza - nie musi grać w tej lidze. Dlaczego wielu z tych obcokrajowców gra w naszej lidze? Bo nikt inny ich nie przyjmie...
Kiedyś były rugi pruskie. Czy my dążymy do chłopa pańszczyźnianego, czy do nowoczesnej gospodarki? Moje zdanie jest takie, może błędne: tylko rywalizacja daje szansę na rozwój. W ciągu dwóch lat prezesi powinni wyczyścić kontrakty. W lidze nie ma prawa być dziś więcej niż 12 zespołów. Grają dwie rundy po 11 meczów, czyli łącznie 22. Potem podział na dwie grupy - szóstka gra o mistrzostwo, szóstka o utrzymanie. 2x5=10. 22+10=32. Mamy 32 kolejki. Czy to złe rozwiązanie?
Rozmawiali: Paweł Czado, Andrzej Grygierczyk, Kacper Janoszka
