Chciałem zostać w Płocku

Rozmowa z Bartłomiejem Gradeckim, bramkarzem Ruchu Chorzów

Nowy bramkarz trafił na Cichą pod koniec października, po kilkumiesięcznym okresie bezrobocia. Fot. PressFocus

W niedzielę mecz ze Zniczem, zapowiada się mroźny dzień. W waszym poprzednim spotkaniu z Miedzią (3:1), było niewiele cieplej, ale pan chyba mógł zmarznąć. W drugiej połowie nie było wiele do roboty.

Śmiałem się, że mogłem w ogóle rękawic nie zakładać (śmiech). Grałem tylko nogami, chociaż miałem jedną interwencję... ale też nogami. Takie mecze też się zdarzają i będąc bramkarzem trzeba być skoncentrowanym do końca. Nieraz bywa tak, że jedna sytuacja może zadecydować o wyniku. Szkoda, że nie zachowałem czystego konta, ale to jest tylko dodatek indywidualny. Liczą się cele drużynowe i patrząc na tabelę, najważniejsze są 3 punkty i kolejne zwycięstwa.

Jak pan może ocenić swój początek w Ruchu? Do tej pory rozegrał pan trzy mecze – z Odrą Opole (1:1), GKS-em Tychy (2:1) i właśnie Miedzią. 

Obiektywnie patrząc myślę, że raczej pozytywnie. Oczywiście są rzeczy, które trzeba poprawić, ale tak jest zawsze. Będę starał się pomagać drużynie, żeby zawsze zdobywać 3 punkty.

Trzeba przyznać, że z Odrą mógł pan się zachować lepiej przy straconym golu, miał pan piłkę na rękawicy, ale potem zanotował kilka udanych interwencji. Z Tychami też popisał się pan paradą w końcówce, czyli można powiedzieć, że trochę punktów pan Ruchowi dołożył.

Jasne, że tak. W tej lidze – ale również każdej innej – to bardzo potrzebne, bo drogę do ekstraklasy wygrywa się najczęściej przez dobrą obronę i gdy traci się mało bramek. Wtedy przychodzą punkty.

Porozumienie z chorzowską obroną zostało już wypracowane?

Jak najbardziej. Przed podpisaniem kontraktu (22 października – przyp. red.) trenowałem już w Ruchu przez dwa tygodnie. Mogłem się poznać z chłopakami, jak grają, co mają dobre, co słabsze, żeby na boisku im pomagać. Z czasem będzie na pewno jeszcze lepiej.

Jakie były kulisy pana przyjścia do Ruchu? Jak sam pan wspomniał, jako piłkarz bez klubu trenował pan chwilę w Chorzowie.

Nie pamiętam dokładnie, kiedy Ruch się do mnie zgłosił. Zanim rozpocząłem te dwutygodniowe treningi z zespołem, zadzwonił do mnie dyrektor sportowy (Tomasz Foszmańczyk – przyp. red.) i poprosił mnie, żebym na początek przyjechał na treningi, żeby mogli mnie obejrzeć – czy jestem zdrowy, jak wyglądam po przerwie od grania, bo co by nie patrzeć, była ona bardzo długa. Chcieli zobaczyć, czy będę w stanie pomóc drużynie. Ja starałem się przez cały czas być pod prądem i przez te trzy miesiące codziennie trenować. Z każdym dniem liczyłem, że ktoś w końcu zadzwoni i weźmie mnie do zespołu. To była kwestia tego, że kto pierwszy, ten lepszy. Nie miałem dużego wyboru. Oczywiście liczyłem minimum na I ligę, nie chcieliśmy schodzić poniżej, bo ten czas długo trwał. Uważam, że było warto.

My” – to znaczy?

– Wspólnie z agentem.

Myślałem, że może z partnerką.

A w sumie też racja, bo dziewczyna jak najbardziej żyje tym razem ze mną i też wspólnie chcieliśmy, aby była to przynajmniej pierwsza liga.

Przez ten czas, odkąd 1 lipca został pan wolnym graczem, nie było żadnych ofert?

Oferty były, ale bez konkretów. Musiałoby się dużo wydarzyć. Były nawet wstępne rozmowy w ekstraklasie, ale zespoły podejmowały inne decyzje, które nie były na naszą korzyść. Wolały ściągnąć innych bramkarzy i oczywiście ja to szanuję, bo każdy ma swój własny plan. Cieszę się, że zaufał mi Ruch.

Brał pan pod uwagę pójście do ekstraklasy, ale na ławkę rezerwowych?

Wiadomo, że chciałem być „jedynką”, ale liczyłem się z tym, że tak może nie być, również w I lidze. Przychodząc do Ruchu miałem dużo „szczęścia”, a chłopacy mieli dużo nieszczęścia. Kuba Bielecki miał już delikatną kontuzję przed moim przyjściem, do bramki wskoczył drugi Kuba (Szymański – przyp. red.) i potem od razu na treningu też doznał kontuzji. Dla jednego to szczęście, bo bardzo szybko mogłem wskoczyć do bramki, dla innego nieszczęście – bo musiał z tej bramki zejść.

Dlaczego w ogóle odszedł pan z Wisły Płock? Patrząc z zewnątrz mogło to być lekko zaskakujące.

Dla mnie to było niestety przykre, bo bardzo chciałem zostać. Kto po awansie do ekstraklasy nie chciałby zostać w zespole, w którym się grało i któremu się pomogło ten awans wywalczyć? To byłaby dla mnie najlepsza droga. Były jednak nieporozumienia z zarządem, problemy z byłym agentem – to wszystko się na siebie nałożyło. Z wielkim żalem nie jestem teraz w Płocku, ale to jest już przeszłość. Jestem szczęśliwy, że mam klub, że mam... pracę. Przez trzy miesiące byłem na bezrobociu i to nie jest nic przyjemnego. Cieszę się, że los tak mnie pokierował. Zawsze powtarzam, że wszystko jest po coś i wierzę, że będzie już tylko lepiej.

Śledzi pan losy byłych kolegów?

Śledzę i bardzo zazdroszczę im tego, że oni tam są, a mnie nie ma. Kto by nie chciał być teraz w Wiśle Płock, gdy są takie wyniki i taka gra? Przypuszczam, że jest tam też bardzo fajna atmosfera, zresztą ciągle mam kontakt z paroma chłopakami i bardzo się z tego cieszę – szczególnie z tych, którzy robili awans i nadal grają, choć oczywiście są też piłkarze na ławce, którzy mieli wielki wkład w powrót do najwyższej ligi. Fajnie, że im dobrze idzie i mam nadzieję, że tak pociągną do końca sezonu.

Zdążył już pan poznać trochę Śląska? Mieszkanie pewnie w Katowicach.

Tak, poznałem, tym bardziej że tak się złożyło, że mieszkałem już w Katowicach. Mieszkała tutaj dziewczyna, więc przez ten cały czas bywałem u niej. Mogłem poznać Katowice bliżej, także Chorzów, bo jest bliziutko. Są to więc dla mnie miejsca znane. Miałem niedaleko do klubu. Fajnie, że złożyło się tak, że akurat na Śląsku znalazłem nową drużynę, bo mogło to być gdziekolwiek w Polsce, a los chciał tak, że zgłosił się Ruch.

Patrząc po nowych partnerach z zespołu, także w porównaniu z resztą stawki, myśli pan, że w Chorzowie – jak w Płocku – może być za rok ekstraklasa?

Myślę, że tak, jak najbardziej. To wszystko jest kwestią podejścia, determinacji i przede wszystkim wiary w to, że możemy awansować. Oczywiście, trzeba wykluczyć pewne mankamenty z gry, bo wiadomo, że nie jest tak, że wychodzimy na boisko, mamy wszystko pod kontrolą przez 90 minut i wygrywamy z ręką w kieszeni. Mecze prawdopodobnie ciągle będą wyglądały tak, że będzie walka do końca, że trzeba będzie do końca utrzymywać koncentrację. Przede wszystkim ważna jest determinacja w obronie, aby tracić jak najmniej bramek, a z przodu zawsze coś wpadnie.

Trener Waldemar Fornalik słynie ze stabilności i stawiania na solidność. Nie musi być efektownie - grunt, aby było efektywnie. Czuje pan, że jest on kołem zamachowym dobrych wyników i dobrej gry, jak np. ostatnio z Miedzią?

Jak najbardziej. Efektywność jest najważniejsza. Chciałoby się, aby zawsze to wyglądało pięknie i żeby się wygrywało, ale nie w każdym przypadku tak można. Myślę, że najważniejszy jest wynik końcowy. To on idzie w świat.

Rozmawiał Piotr Tubacki

Czekamy na projekt

Końca dobiegają prace wyburzeniowe na stadionie Ruchu przy Cichej 6. Planowo miały zakończyć się na początku przyszłego roku, ale uda się wyrobić przed końcem bieżącego. Teraz w Chorzowie wyczekuje się wizualizacji nowego obiektu, która ma pojawić się – jak przekazał niedawno prezydent Szymon Michałek – 15 grudnia. Wszelkie grafiki, które pojawiają się w sieci, to propozycje nieoficjalne, czasem fanowskie. Za stworzenie oficjalnej koncepcji odpowiada warszawskie LAP studio. W międzyczasie trwają także prace nad zaplanowaniem parkingów przy Cichej. Całkowity koszt inwestycji jest w tej chwili szacowany na ok. 408 mln zł.

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się