Brazylijskie szmaragdy, szafiry, rubiny i topazy
Paweł Czado z Brazylii
Pele był zawodnikiem kosmicznym, ale jeśli chodzi o połączenie słów "Brazylia", "futbol" i "kosmos" - jest tam takich piłkarzy całe mnóstwo. To wyobrażenie z Museo Pele w Santos. Fot. Paweł Czado
Oto mój subiektywny alfabet dotyczący brazylijskich kamieni szlachetnych.
A - jak Ademir
Współczuję... Ten środkowy napastnik wywodził się z Recife. Oglądałem ostatnio klub z tego portowego miasta na żywo, jednak karierę zrobił w uwielbianym przez miliony Brazylijczyków - Vasco. Był najskuteczniejszym napastnikiem podczas tak nieszczęśliwych dla Brazylii mistrzostw świata w 1950 roku. Wicemistrzostwo zostało uznane za klęskę, nikt nie cieszył się tam faktu, że napastnik został królem strzelców. Popisowym meczem było spotkanie z mocną Szwecją. Wbił Skandynawom cztery gole w ciągu 42 minut, podczas całego mundialu - ogółem siedem. W meczu o wszystko z Urugwajem, gdzie Brazylijczykom wystarczał remis - pudłował jednak niemiłosiernie - w 85, 87 i 88 minucie...
B - jak Baltazar
Doceniam. Kumpel Ademira z tamtej nieszczęsnej drużyny z 1950 roku, gwiazda Corinthians. Przez kibiców nazywany był "Cabecinha de Oro" ("Głowa ze Złota") ze względu na umiejętność zdobywania w ten sposób bramek. Jedyny piłkarz, który zdobył bramki w dwóch meczach otwarcia mundiali - w 1950 roku z Meksykiem na Maracanie i w 1954 z... Meksykiem w Genewie.
C - jak Carlos Alberto
Doceniam. Kapitan mistrzów świata z 1970 roku, świetny obrońca, w jedenastce tamtego turnieju. Był pomysł, żeby spotkać się z nim w Santos, gdzie grał przez 8 lat, ale ostatecznie się nie udało. Przez wiele lat uznany trener, także selekcjoner - Omanu i Azerbejdżanu. Potrafił być nerwowy: w 2005 roku, po przegranym przez Azerbejdżan meczu z Polską w Baku - po zdobyciu trzeciego gola przez Polaków uderzył arbitra technicznego i wbiegł na boisko, sugerując, że mecz jest ustawiony. Potem podał się do dymisji.
D - jak Didi
Uwielbiam. Jeden z największych brazylijskiego futbolu, dwukrotny mistrz świata. Fenomenalny przywódca Brazylijczyków, gdy zdobywali pierwszy i drugi tytuł. "Czarny Książę", autor niezwykłych strzałów znanych jako "spadające liście". Jako trener z reprezentacją Peru awansował do ćwierćfinału MŚ'70, gdzie uległ... Brazylii. Nie wiem, czy wiecie, ale Didi potrafił docenić śląską piłkę: w 1975 roku był trenerem tureckiego Fenerbahce, które w Pucharze Europy zmierzyło się z Ruchem. Po porażce 1:2 na Cichej mówił: "Jestem pod wrażeniem kondycji piłkarzy Ruchu, potrafią grać niebywale szybko przez 90 minut". To była zasługa Michala Vicana.
E - jak Eder
Uwielbiam. Ten piłkarz sprawił, że intuicyjnie zrozumiałem jako dziesięciolatek na czym polega joga bonito. Zachwycił mnie w spotkaniu ze Związkiem Radzieckim podczas mundialu w Hiszpanii, był jednym z pierwszych piłkarzy, których wykrzykiwałem na głos za bajtla, gdy atakowałem bramkę przeciwnej drużyny. Fenomenalny lewoskrzydłowy. Wiatr we włosach, swoboda, maestria... Tak trzeba żyć!
F - jak Friedenreich Arthur
Szanuję. Pierwszy wielki futbolista brazylijski, w reprze grał w latach 1914-25, kiedy jeszcze nie było mundiali. Ojciec Arthura był niemieckim emigrantem, matka córką byłych niewolników afrykańskiego pochodzenia, piłkarz był więc Mulatem. Wychowanek klubu Germania z Sao Paulo. Naziści nie lubią tego, ale miłość zwycięża wszystko.
G - jak Garrincha
Uwielbiam. Charlie Chaplin piłki nożnej. Niektórzy uważali go za idiotę, a to był prosty chłopak o krzywych nogach i olśniewającym talencie. Nigdy nie oceniaj po wyglądzie! Garrincha wyglądał jakby zaraz miał się przewrócić, ale to był chłopak o złotym sercu. Kiedyś jego Botafogo pojechało na prowincję. W przeddzień piłkarz z okna hotelowego pokoju zobaczył bary naprzeciwko. W jednym tłumy, w drugim - zrozpaczony, samotny barman. Garrincha zszedł i minął ten popularny lokal, wszedł do opustoszałego, napił się cafezinho, poklepał barmana i wyszedł. Ten, drżącymi rękami przybijał krzesło do ściany na którym siedział sławny piłkarz i wieszał na honorowym miejscu filiżankę. Frekwencję i klientów miał zapewnione. - Tak trzeba - stwierdził piłkarz po powrocie do hotelu.
H - jak Hulk
Wyjątkowo nie moja bajka. Jego styl gry był oparty na fizycznej dominacji, agresywnej przewadze motorycznej. Miażdżył przeciwników, był skuteczny, jego strzały były bite z potworną siłą. Jakby z innego pudełka z narzędziami niż pobratymcy.
J - jak Jairzinho
Doceniam. Kiedy "Canarinhos" zdobywali mistrzostwo świata w 1970 roku, potrafił zdobyć gola w każdym meczu turnieju, jako jedyny Brazylijczyk w dziejach! Jego idolem był Garrincha, czy mogło być więc coś lepszego niż debiutować w ataku w tj samej drużynie, w wieku 15 lat?!
K - jak Kaka
Doceniam. Jako 18-latek skoczył źle do wody i stracił czucie w nogach. A potem... został mistrzem świata (za 20 minut gry). Znakomita technika i przegląd sytuacji. Był, jest i będzie kochany w Milanie.
L - jak Leonidas
Uwielbiam. Nie stał na czele 300 Spartan pod Termopilami, ale na czele Kanarków we Francji. W meczu z Polską, której wbił trzy gole, miał niby grać bez butów, ale to jedynie miejska legenda.
M - jak Marcelo
Doceniam. Zaczynał od futsalu, stąd wspaniała technika. Okrzyknięty następcą Roberto Carlosa w reprezentacji Brazylii i... Realu. Zakończył karierę w tym roku, jako 36-latek.
N - jak Neymar
Doceniam i... zacząłem podziwiać! Zaimponował mi: widziałem niedawno na własne oczy coś, co wydawało mi się niemożliwe. Z uszkodzoną łąkotką ratował ukochany Santos przed degradacją. Brazylijczycy wierzą, że poprowadzi ich do sukcesów na najbliższym mundialu. Przypominam sobie, że widziałem jego debiut w... Barcelonie. To było w towarzyskim meczu z Lechią w Gdańsku.
O - jak Orlando
Doceniam, jak... Argentyńczycy! Ten stoper zaczynał i kończył w Vasco, odpowiadał z Bellinim za defensywę podczas pamiętnych mistrzostw w Szwecji. Ale kiedy grał w Boca, to miejscowa prasa nadała mu ksywkę "Władcy Futbolu"...
P - jak Pele
Z jego powodu byłem ostatnio w Brazylii. Wspólnie m.in. z Sylwestrem Kurkiem, szefem Brasilu Czekanów chłonęliśmy atmosferę miejsca, z którego wzleciał w kosmos. Poznaliśmy członków jego rodziny, byliśmy w jego loży na meczu Santos, odwiedziliśmy wspaniałe muzeum mu poświęcone, odwiedziliśmy jego grób. To było niezwykłe doświadczenie, niecodzienne doznanie. Tam ciągle jest obecny. Śląsk zachwycił 65 lat temu. Eugeniusz Lerch, który grał w tamtym meczu, opowiadał mi, jakie wrażenie na nim zrobił. Świetnie grał obiema nogami, był nadzwyczaj skoczny. Kiedy zszedłem po pierwszej połowie, przyglądałem mu się jak gra. Potrafił z kolegami przedostawać się pod nasze pole karne samymi... główkami. Jako człowiek też był czarujący. Byliśmy na wspólnym obiedzie i nikomu nie dał odczuć jak wielką jest gwiazdą - opowiadał mi Eugeniusz Lerch. Do dziś jedyny trzykrotny mistrz świata jako piłkarz.
R - jak magiczna litera!
Skrzypi mi żuchwa: gdyby kompletować reprezentacje według literek brazylijska eRka byłaby faworytem! Romario, Rivaldo, Ronaldo, Ronaldinho, Robinho, Roberto Carlos... Można przewrócić się z wrażenia, zgodzicie się? Ostatnio w Santos widziałem akcji 18-letniego Robinho juniora. Coś mi mówi, że jeszcze o nim usłyszymy...
S - jak Socrates
Uwielbiam. Najlepszy lekarz pediatra wśród piłkarzy i najlepszy piłkarz wśród lekarzy pediatrów. Nikt nie potrafił grać piętą tak jak on. Jego znakiem firmowym były gra na jeden kontakt i przerzuty na kilkadziesiąt metrów! Intelektualista, który za dużo palił i za dużo pił. Nie był sprinterem, za to myślał szybciej niż przeciwnicy. Karne strzelał bez rozbiegu - jak z Polską (trafił), jak i Francją (nie trafił). Jest jednak symbolem przegranego pokolenia 1982-86. Przez alkoholizm miał chorą wątrobę i nie doczekał na przeszczep.
T - jak Tostao
Uwielbiam. Kolejny geniusz! Co cię nie zabije - to wzmocni... Potrafił wrócić na najwyższy poziom nawet po odklejeniu siatkówki w oku, gdy dostał piłką w twarz w meczu ligowym w 1969 roku. Rok później został mistrzem świata. Znakomity w grze tyłem do bramki. Dla niego gra była geometrią, kalkulował kąty z prędkością światła... Rozgrywał więc fenomenalnie. Wspomniany problem z okiem sprawił, że musiał zakończyć karierę w wieku 26 lat. A potem... został lekarzem. Socrates nie był pierwszy!
V - jak Vava
Uwielbiam. Mistrz pojawiania się znienacka. Zarówno w reprezentacji, jak i w polu karnym. W narodowych barwach zagrał 20 razy co przyniosło mu dwa tytuły mistrza świata. Strzelił 14 bramek, z czego - jako pierwszy w dziejach w dwóch finałach - przeciw Szwecji w 1958 (dwie!) i CSRS - w 1962.
Z - jak Zico
Uwielbiam. Bramka przewrotką podczas meczu z Nową Zelandią była pierwszą, jaką widziałem w życiu, zrobiła na mnie wstrząsające wrażenie. Nie tylko na mnie: dla Gabriela Arantesa, wnuka Pelego to najlepszy brazylijski piłkarz wszech czasów.
***
Gdyby stworzyć alfabet z innych piłkarzy z tego kraju - byłby równie ekscytujący. Taka jest Brazylia...
