Brajcik nas obroni
WYMIANA KOSZULEK - cotygodniowy felieton Wojciecha Kuczoka
Był sobie kiedyś chłopak, który kopał piłkę w biednym afrykańskim kraju i zamarzył sobie, żeby się stamtąd wyrwać do Europy. Nie kopał jakoś szczególnie wybitnie, dlatego padło na Polskę, a nie żadną z czołowych lig europejskich. Miał jednak pecha, bo kiedy już dotarł nad Wisłę, okazało się, że menedżer, który go ściągnął, właśnie zmarł.
Obiecany kontrakt szlag trafił, chłopak na własną rękę próbował się załapać do klubu, tu i ówdzie był testowany, ale czas uciekał, a z czegoś trzeba było żyć. Marzyły mu się wielkie stadiony, więc odnalazł się na jednym z nich – na koronie Stadionu Dziesięciolecia, na straganie Jarmarku Europa zaczął sprzedawać podróbki butów sportowych.
Jakoś tam szło, choć czasem trzeba było znosić zaczepki botwinek, młodych buraków polskich, którym nie był w smak jego kolor skóry. Raz nie wytrzymał, zaczepiony w tramwaju i wysyłany na drzewo, odpyskował, na rękoczyn odpowiedział czynem ręcznym, a jako że nielichej był postury, agresor lekko nie miał. Policji nie interesowało, kto zaczął, tylko kto ma papiery, więc chłopak trafił do aresztu deportacyjnego.
Historia jakich wiele, ale tu nastąpił cudowny zwrot miłosny. Poznana w dyskotece dziewczyna rzekła „mój ci on!” i wzięła z nim ślub na spacerniaku. Pobyt się zalegalizował. Chłopak miał na imię Lucky, jak się okazało nie na darmo. Żyli długo i szczęśliwie, on się w końcu załapał nawet na jakąś regionalną ligę, a potem został trenerem młodzieży w jednym z klubów stołecznych. Urodziła im się trójka dzieciaków, z których najstarszy synek miał szczególny talent piłkarski. Prowadzony od najmłodszych lat pod czujnym okiem taty zaczynał od pomocy, grał w starszym roczniku – i wtedy go poznałem.
Mój ówczesny pasierb, Kubuś, grał w tej samej drużynie warszawskiej Delty na boku obrony. Synek Lucky’ego był zwinny i bystry, nie na darmo rodzice dali mu imię Bright. Ojciec z zachwytem komentował jego poczynania podczas meczów młodzików donośnym „Badzio łanie, badzio łannie”. Mama przychodziła na mecze z najmłodszą Amarą w wózeczku i kilkuletnim Valentinem, który na przyboiskowych trawnikach wykazywał determinację, by pójść w ślady brata.
Brajcik się wyróżniał techniką i motoryką, ale szybko urósł - posturę odziedziczył po tacie – więc go przesunięto do obrony. Szybko też przerósł klub i zaczął profesjonalną karierę. Od rezerw Lubina, pierwszy skład Lublina, do debiutu w La Liga.
Bright Ede - od rezerw Lubina, pierwszy skład Lublina, do debiutu w La Liga. Fot. Artur Kraszewski/PressFocus
Bright Ede w wieku 19 lat w poniedziałek zagrał cały mecz ligowy na środku obrony Deportivo A Coruna i zebrał bardzo dobre opinie. I to jest wydarzenie, którego przemilczeć nie wolno. Nasze chłopaki sprzedawane do lig TOP 5 odbijają się jak piłki kauczukowe i wracają po sezonie albo dwóch latach cierpliwego czekania na szansę, a Brajcik wchodzi do Primera Division bez pukania i rozsiada się na pozycji stopera. Wszystkie pojedynki główkowe wygrane, dziesięć odbiorów, w tym jeden na połowie rywala, 90-procentowa skuteczność podań – lokalna prasa przywitała jego występ więcej niż ciepło, podkreślając „osobowość i spokój nietypowe dla piłkarza przed dwudziestką”.
Czy z tej mąki będzie reprezentacyjny chleb, oceniać za wcześnie, ale za naszego jedynaka w Hiszpanii musimy trzymać kciuki. Jak się ogra przeciw Barcelonie i innym Realom, przyjdzie nam bez lęku myśleć o przyszłości obrony narodowej, której jakość na dziś wyznacza w środku nadzwyczaj niepewna para z FC Porto Kiwior – Bednarek.
No i zawsze to jakaś pociecha po hiobowych wieściach z Rzymu, gdzie definitywnie zrezygnowano z usług Jana Ziółkowskiego. Wyjeżdżał z Legii jako młoda gwiazda i nadzieja kadry, teraz szuka klubu i pewnie go znajdzie na Półwyspie Arabskim, gdzie zamiast marzyć o Złotej Piłce, będzie szamał schabowe w złotej panierce.
Na szczęście na razie w Moguncji zostaje Kacper Potulski, ale stanowi łakomy kąsek na rynku transferowym, zatem nie ma pewności, że będzie mógł jesienią grać zamiast grzać ławę u jakiegoś giganta. W Moenchengladbach walkę o pierwszy skład podejmie Jan Leszczyński, rówieśnik Brighta, kolejny ze stoperów wyeksportowanych po jednym udanym sezonie przez Legię. Oskar Wójcik będzie weryfikował swoją wartość w Werderze u boku dwóch innych Polaków – sprowadzonego z Berlina Dawida Kownackiego i Dariusza Stalmacha, skądinąd najmłodszego debiutanta w ekstraklasowej historii Górnika Zabrze.
W Racingu Lens niespodziewanie odnalazł się Maik Nawrocki, stoper, w którym również pokładaliśmy reprezentacyjne nadzieje – na dzień dobry zdobył Superpuchar Francji i po starciu z nim wyleciał z boiska Nuno Mendes. A być może najzdolniejszy z naszych młodych defensorów, Wojciech Mońka, wciąż biega po ekstraklasowych boiskach i w czwartek powalczy z Lechem o Ligę Europy. Wszystkich ich niechybnie zobaczymy w biało-czerwonych trykotach jako zarządców obrony narodowej, może już tej jesieni w Lidze Narodów. Fundamenty trzeba nam bowiem odrdzewić.
