Bo leci z nimi pilot!
Rozmowa z Kamilem Ryłką, trenerem bramkarzy w drużynie Haugesund, od 14 lat mieszkającym i pracującym w Norwegii
Kjetil Knutsen (z prawej) – merytoryczny twórca dzisiejszej siły Bodo/Glimt. U jego boku – asystent Gaute Helstrup, „podebrany” z trenerskiej ławki Tromsoe. Fot. Alter Photos/Focus Images/MB Media/PressFocus.pl
Jeszcze parę lat temu czy to Legia, czy Lech radziły sobie bez problemu z Bodo/Glimt, ale latem 2024 Jagiellonia zebrała już straszne baty. A tydzień temu bęcki dostał nawet Inter. Co się stało w norweskiej piłce – łącznie z tą reprezentacyjną – że zaczęła straszyć Europę?
- Mógłbym powiedzieć, że odkąd pracuję w Norwegii, norweska piłka zaczęła się zmieniać (śmiech). A mówiąc poważnie – przełom zaczął się od Martina Odegaarda, który w wieku 15 zaczął się pokazywać w barwach Stromsgodset, i jako nastolatek trafił do Arsenalu. To uruchomiło całą lawinę chłopaków, dorastających już na sztucznych płytach, i marzących o powtórzeniu jego drogi.
Norweski futbol w walce o owych chłopaków musiał się jednak zmierzyć choćby ze sportami zimowymi, które w tym kraju – co po raz kolejny pokazały igrzyska – są potęgą. A jednak przyciąga spore grono dzieciaków...
- Plusem – ale też minusem, o czym za chwilę – dla norweskiego futbolu jest fascynacja... angielską Premier League. Praktycznie każdy, kto zajmuje się piłką nożną, ma jakiś angielski klub, któremu kibicuje. Dotyczy to trenerów, dorosłych piłkarzy, ale i dzieciaków właśnie. A ta fascynacja, czerpanie wzorów – również zawodowych, przez szkoleniowców – powoduje, że każdy chce się rozwijać i się rozwija!
A ten minus?
- Na popularności Premier League tracą... skarbnicy ligowych klubów w Norwegii. Podczas transmisji gier angielskich drużyn ludzie wybierają telewizory zamiast obecności na trybunach norweskich stadionów.
To tylko dygresja. Wróćmy do „syndromu Odegaarda”.
- Zgrał się z systemowymi zmianami. Norweski związek wprowadził w tym mniej więcej okresie certyfikowanie klubowych akademii. Za sposób ich prowadzenia zaczął je nagradzać gwiazdkami - od jednej do pięciu. Za gwiazdkami szły i finanse. Kluby były bardziej zmotywowane.
Finanse można przejeść na inne cele...
- Nie. Pieniądze przelewane przez federację były przeznaczone na konkretny cel. Związek po prostu opłacał trenerów, zatrudnianych przez klub do młodzieży. Im więcej gwiazdek, tym większą liczbę trenerów można było przyjąć do pracy z dzieciakami. Pracowałem w tamtym okresie w Vaalerendze Oslo, która jako pierwsza w kraju mogła się pochwalić pięcioma gwiazdkami. Początkowo tych trenerów, których pensje pokrywano, było pięciu, potem sześciu. Akademia się jednak rozwijała, nawiązywała współpracę ze szkołami, szukała dostępu do kolejnych boisk. Krótko mówiąc – wchodziła na coraz wyższy poziom „gwiazdkowy”. Za chwilę tych pełnoetatowych – a więc dobrze wynagradzanych - trenerów było już dziesięciu, zaczęli dochodzić asystenci, trenerzy bramkarzy, spece od przygotowania fizycznego.
Rozumiem, że tych trenerów też nie brakowało, bo związek rozwijał też proces ich szkolenia?
- I to z podejściem – rzekłbym - „sokratesowym”. Zachęcano do stawiania pytań i niekoniecznie dawano na nie jednoznaczne odpowiedzi. Nie były to „formy ścisłe” edukacji, ale raczej otwarte. Pomysły i wiedza rodziły się na takich kursach na przykład z licznych gier. Od razu jednak muszę zaznaczyć, że my, Polacy, nie musimy się niczego wstydzić. Wręcz przeciwnie: Norwegowie mogą się wiele od naszych trenerów nauczyć. Prezentujemy bardzo wysoki poziom, cenią nas tutaj – zwłaszcza szkoleniowców bramkarzy. Prawdę mówiąc, to efekt przeszłości, i klasowych golkiperów, jakich mieliśmy: od Józefa Młynarczyka, aż do epoki Jurka Dudka, Artura Boruca, Łukasza Fabiańskiego – cała trójka grała przecież w tej ukochanej przez Norwegów angielskiej Premier League. Bezpośredni przykład zawsze działa najlepiej. Młodzi chcieli równać do Odegaarda, ale wcześniej byli Solskjaer, Berg, Flo. Pokazywali, że wielka kariera to nie jest coś bardzo odległego. A więc zawsze najważniejsze jest przetarcie szlaku.
No to w Norwegii ta metoda – jak widać – działa doskonale!
- Rzeczywiście dojrzała ciekawa generacja młodych, fajnych piłkarzy, którzy teraz „rozsiali się” po Europie. Korzysta na tym reprezentacja, ale i sama liga. Ja ostatnie pięć lat pracowałem w Eliteserien i widziałem z bliska, jak rośnie siła norweskiej ekstraklasy. Jest coraz lepszy poziom taktyczny, fizyczny, stałe fragmenty są coraz bardziej skomplikowane i... skuteczne. Coraz wyższa jest kultura ligi, coraz mocniejszy pressing oglądany w meczach. Z sezonu na sezon było trudniej, dlatego spadliśmy. Coraz więcej się też tu płaci, bo coraz więcej pieniędzy wpływa do klubów. Standardem jest sprzedaż piłkarzy za granicę za 5 milionów euro. 10 milionów też nikogo nie dziwi. A ostatnio Viking Stavanger powiedział „nie” dla 15 czy 16 milionów za swojego chłopaka.
A Jaga sprzedała Oskara Pietuszewskiego za 10 milionów...
- Ale to też świetny przykład dla jego następców, dla kolejnych roczników, na zasadzie: „Ta droga nie jest tak trudna do przejścia”. A różnica w kwotach? Cóż, tutaj wokół młodych norweskich graczy kręci się wielu skautów angielskich klubów, które mają największe możliwości finansowe. A chłopaki od najmłodszych lat świetnie gadają po angielsku, co też ułatwia wszelkie ruchy transferowe.
No dobra. To przejdźmy w końcu do fenomenu Bodo/Glimt!
- Od czego by tu zacząć...
Od początku. Najprościej.
- Jasne. W drugiej połowie zeszłej dekady – po wcześniejszym spadku – Bodo wróciło do ekstraklasy. To był początek sportowy drogi do tego miejsca, w którym jest dziś, czyli w 1/16 finału Ligi Mistrzów, z szansami na kolejny awans. Natomiast mam pewność, że w tej chwili w klubie zbierają owoce długiej współpracy z trenerem przygotowania mentalnego, który przyszedł w tamtym okresie. To jest gość, który był kiedyś pilotem samolotów wojskowych. Ostatnio czytałem jego książkę. Opisywał w niej, jak większość piłkarzy u progu jego pracy miała... tremę przed graniem. Swoimi metodami potrafił wpłynąć na nich. Niektórzy - jak Ulrik Saltnes - tak się do niego przywiązali – że przez długie lata nie opuścili Bodo, nigdy nie zagrali w większym klubie. Takie przywiązanie do barw jest szalenie istotne, bo w klubie powiadają, że największym skarbem i fundamentem zwycięstw jest kolektyw. Mają zresztą wypracowaną metodę jego budowania
To znaczy?
- Celem jest zachowanie autentyczności. Szukają ludzi, którzy mówią po norwesku albo przynajmniej rozumieją ten język. I tylko wtedy decydują się na angaż kogoś, kto nie zna, jeśli nie ma na daną pozycję zawodnika spełniającego tamten warunek.
I najlepiej, żeby to był ktoś „młody, zdolny”?
- No właśnie niekoniecznie. Biorą zawodników i po 30. roku życia, ale nie odpuszczają warunku znajomości norweskiego i – ewentualnie – duńskiego, bo to podobny język. Słowo „kolektyw” odnosi się też do sztabu trenerskiego. Kjetil Knutsen już ósmy rok pracuje z zespołem. Ma niesamowity autorytet, ogromną wiedzę trenerską, a przede wszystkim – otacza go aura takiego trenera ojca-przyjaciela. Trudno go nie lubić. Dobiera sobie zresztą świetnych współpracowników. Ma energetycznego trenera bramkarzy, ma asystenta, który wcześniej pracował... jako pierwszy trener w wielkim rywalu, Tromsoe. Kumaci ludzie, doskonale się rozumiejący i myślący o piłce identycznie – a przynajmniej bardzo podobnie.
Jak wygląda zaplecze infrastrukturalne klubu? Bo to przecież może najważniejsza rzecz w kraju, w którym zima trwa pół roku...
- Miejscowy stadion naprawdę nie robi na przyjeżdżających wielkiego wrażenia, nawet biorąc pod uwagę wyłącznie skalę norweską. To małe miasteczko, szatnia klubowa też jest niewielka – może dlatego tak wielką wagę przywiązują do tego, by zasiadający w niej piłkarze po prostu się lubili i dobrze dogadywali.
A akademia, która dostarcza do pierwszej drużyny wychowanków?
- I tu pana zaskoczę. W mojej ocenie akademia Bodo/Glimt wcale nie jest dobra! Jeżeli się spojrzy na wyniki tej drużyny w Młodzieżowej Lidze Mistrzów, to widać wyraźnie, że dość często zbierała lanie od swych rywali. Fenomen Bodo/Glimt polega przede wszystkim na pierwszej drużynie. Oczywiście, Fredrik Bjorkan czy Patrick Berg są w klubie „od małego” - nawet jeżeli na chwilę z niego odchodzili. Przeszli cały proces szkolenia w akademii, nasiąknęli klubową atmosferą. Ale to nie jest tak, że każdego roku ta akademia dostarcza do pierwszego zespołu dwóch, trzech czy pięciu piłkarzy. Ostatnio nawet kupowano 15-16-letnich talenciaków z Danii, bo sami nie mogli się ich dochować. Myślę, że wiodące akademie to wspomniana Vaalerenga, to Viking Stavanger, to Stabaek.
Wróćmy więc do fenomenu pierwszej drużyny. Najważniejsza cecha jej gry?
- Codzienna praca na dużej intensywności. To pozwala utrzymywać w każdym meczu bardzo wysokie tempo, czasami wręcz podkręcać je z upływem każdej minuty meczu. I – jak powiedziałem – atutem jest kolektyw.
Po wygranej 3:1 w minioną środę, Bodo ma szansę sensacyjnego „przeskoczenia” Interu w Lidze Mistrzów?
- Mówiłem to w jednym z wywiadów przed pierwszym spotkanie: jeśli Bodo ma mieć jakieś szanse w dwumeczu, musi wykorzystać to, że piłkarzom Interu w Norwegii będą marznąć paznokcie. To prozaiczna sprawa, ale – a sam tego doświadczyłem – jeżeli nie jesteś przyzwyczajony do gry na mrozie z tymi rzeczywiście zmarzniętymi paznokciami, tracisz dużo na swej jakości piłkarskiej. I Bodo ten fakt wykorzystało.
Obroni przewagę?
- Ja wiem, że potrafi grać na wyjeździe przeciwko silnym rywalom, i dobrze mu życzę. Ale Inter tym razem zagra „w swoim” klimacie. A mocny jest straszliwie, co pokazuje tabela Serie A. Myślę, że jest w stanie doprowadzić do dogrywki, a może nawet rozstrzygnąć sprawę awansu w regulaminowym czasie.
Rozmawiał Dariusz Leśnikowski
Złota dekada Bodo/Glimt
◾ 2017 – awans do Eliteserien (norweska ekstraklasa) *◾ 2019 – wicemistrzostwo Norwegii
◾ 2020 – mistrzostwo Norwegii
◾ lipiec 2021 – porażka w I rundzie kwalifikacji Ligi Mistrzów z Legią (2:3, 0:2)
◾ 2021/22 – awans do fazy grupowej Ligi Konferencji, drugie miejsce w grupie (m.in. 6:1 z Romą!), zwycięskie dwumecze w 1/16 (Celtic) i 1/8 finału Alkmaar, porażka w ćwierćfinale z Romą (2:1, 0:4)
◾ 2021 – mistrzostwo Norwegii
◾ 2022/23 – występ w fazie grupowej Ligi Europy; po trzecim miejscu w grupie - porażka w 1/16 finału Ligi Konferencji w dwumeczu z Lechem (0:0, 0:1)
◾ 2022 – wicemistrzostwo Norwegii
◾ 2023/24 – występ w fazie grupowej Ligi Konferencji – drugie miejsce w grupie; porażka w 1/16 finału z Ajaksem (2:2, 1:2 po dogr.)
◾ 2023 – mistrzostwo Norwegii
◾ 2024/25 – dziewiąte miejsce w fazie ligowej Ligi Europy; trzy kolejne wygrane dwumecze (Twente, Olympiakos Pireus, Lazio), porażka w półfinale LE z Tottenhamem (1:3, 0:2)
◾ 2024 – mistrzostwo Norwegii
◾ 2025/2026 – 23. miejsce w fazie ligowej Ligi Mistrzów; wygrana w pierwszym meczu 1/16 LM z Interem 3:1
◾ 2025 – wicemistrzostwo Norwegii
* w Norwegii rozgrywki ligowe toczą się systemem wiosna-jesień
Lautaro Martinez kontra Kasper Hogh – argentyński mistrz świata gola w pierwszym meczu 1/16 finału Ligi Mistrzów nie zdobył. A brodaty Wiking – i owszem! Fot. SPP/SIPA USA/ Press Focus
Kamil Ryłka. Fot. archiwum prywatne
