Bez wyników!
REMANENT, cotygodniowy felieton Jerzego Chromika
U studentów przy czwartku rojno, gwarno
Jak w sylwestra ruch
Radio i patefon gra na zmianę
Tango, nasze tango ukochane
No i wszystkie panny do ich drzwi się garną
Wytężają słuch
Komponuje ktoś, gdy sobie podje, melodie za dwóch
U Trumpa na urodzinach są goście i jest rodzina
Tam mundial się rozpoczyna, do śmiechu no i do łez (...)
*
11 czerwca, początek MŚ 2026. Wrocław. Po wylądowaniu nikt nie przeszukuje kieszeni, nie sprawdza dokumentów i nie cenzuruje starych „pomarańczowych” wpisów na eks-Twitterze, choć akurat mija 12 lat, odkąd tam się pojawiłem. A przecież wieczorem RPA ma grać z Meksykiem...
Na razie jednak wykład z udziałem studentów z rocznika 2007. Sporo o sporcie, a o futbolu w szczególności. Ale nade wszystko o zawodzie dziennikarskim i życiu jako takim. Od matury do emerytury. Co ważne, są liczne pytania z sali, a zapraszająca profesorka zdumiona, że nikt nie śpi w ostatnim rzędzie.
Po pierwsze nie zanudzić, a jak się uda, to zaciekawić. Udało się! Grupa młodych słuchaczy zaprasza po zmierzchu na piwo. Około dwudziestej w ich ulubionej „Szklarni”. Wartka rozmowa toczy się do drugiej w nocy. Po powrocie do hotelowego apartamentu miał być mecz otwarcia. Z odzysku, czyli odtworzenia. Zasypiam jednak, zanim w drugim południowi Koreańczycy zaprosili Czechów do tańca. Po wczesnym śniadaniu nadal nie znam wyników dwóch pierwszych, ale jakoś niespecjalnie mi ich brakuje.
Po dziewiątej przychodzą na pogawędkę dwaj wrocławscy dziennikarze sportowi. Całkiem niedawno moi adepci, których uczyłem warsztatu. Największa nagroda – obaj odnaleźli się z powodzeniem w pracy pod dobrymi adresami. I co najważniejsze – chcą mnie nadal widzieć i słuchać. Dowiedziałem się od nich, że po trzech czerwonych kartkach Meksyk upokorzył RPA, a Czesi ulegli Korei Południowej. Taka to pierwsza porcja informacji mundialowych. Na krótko przed drugim śniadaniem.
Po co ten długi rozbieg i tak osobisty? Ano po to, żeby przekonać, że najważniejsza jest proza życia. I to nie tylko w jego pierwszej połowie. Przede wszystkim wtedy, gdy mecz zbliża się do 70. minuty, a nie do 45. A jeden mundial obejrzany, w tę lub tamtą stronę, nie zmieni niczego.
Moje pierwsze finały MŚ, obejrzane u sąsiada, to te z 1966 w Anglii:
– Miałem dziesięć lat, przed oczami kopał cały świat...
Autobiografia, ale taka bardziej piłkarska. Zapamiętałem dwa mecze na ekranie czarno-białego, bodaj 14-calowego odbiornika. Była na nim dodatkowo szyba z trzema kolorowymi pasami. Miała pomóc oglądać, by każdy widz miał złudzenia. Na górze niebieski, jak niebo nad... Liverpoolem, niżej żółty, a najniżej był kolor zielony. Prawie jak... trawa na Wembley.
W ćwierćfinale Eusebio prawie w pojedynkę ograł Koreańczyków, tych z północy, choć ci bronili się dzielnie, podejrzewając, że po porażce czeka ich więzienie. I tak było. Ale 5:3 dla Portugalii! A potem widziałem finał Anglia – Niemcy, z golem Hursta, który do dziś nie został uznany przez analityków obrazu. Czy piłka przekroczyła wtedy linię bramkową całym obwodem? W mej dziecinnej pamięci – tak! I tego się trzymam, uznając do dziś wynik 4:2 dla gospodarzy za uczciwy.
Cztery lata później Meksyk’70. Już kolorowy telewizor w klubokawiarni pracowników powiatowego urzędu. Pani Sawiczowa otworzyła kłódkę na szafce z odbiornikiem w środku i... zaczął się finał Brazylia – Włochy! Sygnał kradliśmy z nadajnika w Brześciu nad Bugiem, bo TVP pokazała nam ten mecz dopiero w XXI wieku. I sekretarz Gomułka nie dał pieniędzy na takie fanaberie, więc z pomocą przychodzili Polakom sąsiedzi ze wschodu, południa, zachodu i północy. Ale 4:1 dla Brazylii!
Czy przeglądając jak w kalejdoskopie takie obrazy sprzed 60 lat, mam teraz oglądać w całości mecz Haiti – Szkocja od trzeciej nad ranem? No nie! O wiele ważniejszy jest kontakt z ostatnim pokoleniem i uznanie, nie gola, a baby boomera (dziadersa) za gościa godnego uwagi. Nikt ze studentów, choć każdy miał smartfona, przez sześć godzin nie wyjął go z kieszeni. Nikt nie sprawdził wyniku. To jest miara sukcesu pierwszego dnia mundialu.
Urodziny na Wyspach Zielonego Przylądka? Warto! Fot. PAP / EPA
