Będę jak debiutant
Rozmowa z Patrykiem Sikorą, kapitanem Ruchu Chorzów
Nic się nie zmieniło – nadal jestem kapitanem Ruchu – mówi Patryk Sikora. Fot. Marcin Bulanda/Press Focus
– Oczywiście! To był długo wyczekiwany przeze mnie moment, żeby wrócić do treningów, być na co dzień z drużyną, poczuć klimat szatni i boiska. Nareszcie się doczekałem i teraz nic tylko wracać do formy i do grania.
Zerwałeś więzadła 20 kwietnia, w pamiętnym meczu z Widzewem, w 104. urodziny Ruchu. Jakie było te 8 miesięcy twojej codzienności? Jak wygląda leczenie takiej kontuzji?
– Najpierw była operacja. Potem zmagałem się z bólem pooperacyjnym, bo w takiej sytuacji ingerencja w kolano jest bardzo duża, jest wiercenie w kości. Bólu jest sporo, ale jeśli przyświeca cel powrotu na boisko, to można go znieść. Następnie była rehabilitacja. Zacząłem od podstawowych ćwiczeń, takich na kozetce. Z czasem, z każdym tygodniem, była progresja, z każdym miesiącem nowe ćwiczenia i tak szło to dalej, dalej, aż do momentu już nie tyle rehabilitacji, co wstępnego treningu.
Zerwałeś więzadła trzeci raz w karierze. Czy dzięki temu było ci teraz łatwiej?
– Na pewno tak. Miałem już trochę doświadczenia i wiedzy związanej z pewnymi rzeczami. Miałem też inne podejście, więc było trochę lżej.
Czy te kontuzje jakoś się między sobą różniły?
– U mnie trzeci raz wydarzyło się to podobnie, na boisku. Jednak jest dużo zmiennych i zależnych – np. czy nie ma dodatkowych pęknięć lub uszkodzeń. W moim przypadku zawsze było podobnie, więc z doświadczenia wiedziałem, jak to będzie przebiegać. Chociaż wiadomo, że są różne sytuacje, różni rehabilitanci, różne metody. Ja drugi raz byłem u tego samego rehabilitanta, więc wiedziałem, czego się spodziewać.
Lekarz powiedział ci, czy masz predyspozycje do kontuzji więzadeł, czy to po prostu pech?
– Myślę, że i to, i to. Na pewno to jakieś uwarunkowania genetyczne i biologiczne, ale było też trochę niefartu. Ciężko jednoznacznie powiedzieć czego więcej, czego mniej.
W wieku 25 lat masz za sobą trzy poważne kontuzje, co może odbić się na psychice. Jak w ostatnich miesiącach radziłeś sobie pod względem mentalnym?
– Pierwszy miesiąc był bardzo trudny. Wiedziałem, co mnie czeka, ile to jest wyrzeczeń, ile cierpień... Później, kiedy wychodzi się na prostą, odkłada się kule, można już prowadzić samochód, pojawia się światełko w tunelu. Wtedy po prostu idzie się w jego kierunku. Oczywiście bardzo ważna w tym okresie była też pomoc bliskich.
Miałeś momenty kryzysu?
– Ten początkowy okres, pierwszy miesiąc był szczególnie trudny. Prawie w ogóle nie było chęci na rehabilitację, na nic.Później jednak rozkręcało się to, pojawiały nowe ćwiczenia, co doprowadziło mnie do momentu, w którym jestem teraz – do powrotu na boisko.
W dzisiejszych czasach coraz większą uwagę poświęca się psychologii, diagnozuje depresję, która pojawia się również u piłkarzy, szczególnie w trudnych chwilach. Wielu wybiera wizytę u psychologa. Czy ty też zdecydowałeś się na taką pomoc?
– Osobiście z takiej pomocy nie korzystałem, ale – jak wspomniałeś – jest to coraz bardziej powszechne. Coraz więcej mówi się o takiej współpracy i nie jest to żaden temat tabu ani nic złego. Ani nie zachęcam, ani nie przestrzegam przed tym. Myślę, że jest to coś zupełnie normalnego i jeżeli ktoś ma taką potrzebę, to może z tego skorzystać.
Trenujesz już z kolegami, ale z zachowaniem dużej ostrożności, np. bez wchodzenia w pojedynki. Kiedy dojdziesz do momentu przygotowania na 100 procent, takiego jak przed kontuzją?
– Obecnie dużo determinuje sztuczne boisko, bo to minus dla tego kolana i dla pracy stawu. Myślę, że aby wrócić do sprawności jak sprzed kontuzji, potrzeba nawet kilku miesięcy. Żebym był gotowy na 100 procent, musi więc minąć trochę czasu, parę pojedynków z chłopakami z zespołu musi wyjść naturalnie w treningu. Czym dalej, tym będzie ich więcej i będę się czuł pewniej na boisku.
Planujesz, że na pierwszy mecz ligowy z Pogonią Siedlce możesz być gotowy, aby – hipotetycznie – zagrać w pierwszym składzie?
– Tak, myślę, że jak najbardziej. Jak wspomniałem, teraz duży wpływ ma sztuczne boisko, ale na obozie w Turcji będziemy trenować na trawie, więc będzie to też dla mnie lepsze, jeśli chodzi o głowę. To również jest ważne, aby czuć się lepiej na boisku.
Po spadku, gdy leczyłeś kontuzję, w kadrze Ruchu zaszło mnóstwo zmian, zmieniło się wielu piłkarzy. Czy czujesz się przez to... takim zimowym transferem?
– Trochę tak (śmiech). Myślę, że kiedy dojdzie do mojego pierwszego meczu po kontuzji, będzie lekki stresik. Będę się czuł jak przed debiutem, ale mam nadzieję, że będzie okej.
Czeka cię trudna rywalizacja, bo wszystko wskazuje na to, że o grę jako defensywny pomocnik będziesz rywalizował z Denisem Venturą, który był kluczową postacią zespołu jesienią.
– Nie jest lekko, ale nikt nie mówił, że będzie. Mam nadzieję, że zdrowa, sportowa rywalizacja pokaże, kto na ten moment jest lepszy. Ja zrobię wszystko, żeby padło na mnie.
Przed kontuzją zastępowałeś Tomasza Foszmańczyka w roli kapitana Ruchu. Oficjalnie opaskę dostałeś po spadku, w trakcie rehabilitacji. Jako „formalny” kapitan jeszcze zespołu nie wyprowadziłeś, a zdążyło się w nim zmienić wiele nazwisk. Czy rozmawiałeś już z trenerem – również nowym – o tym, że opaska nadal należy do ciebie?
– Nic się nie zmieniło w tej sprawie. Nie było żadnych rozmów, więc zostaje tak, jak było – nadal jestem kapitanem. To prawda, nie było mnie na co dzień w klubie z drużyną, więc tak naprawdę dopiero teraz poznaję się z chłopakami na boisku. Podczas mojej nieobecności inni zastępowali mnie w piastowaniu tej funkcji.
Po sezonie wygasa też twój kontrakt. Toczą się jakieś rozmowy?
– Tak, myślę, że za jakiś moment wszystko będzie jasne. Na razie nie będę zdradzał nic więcej.
Przed wami ciekawa wiosna. Masz jakiś mecz, na który czekasz najbardziej?
– Pierwszy mecz rundy z Pogonią Siedlce. Ale potem gramy od razu z Wisłą Kraków i szykuje się fajna, pokaźna liczba na trybunach. Mój ostatni mecz przed kontuzją, z Widzewem, był tym, w którym pobiliśmy rekord, a ten po moim powrocie może być jeszcze lepszy albo chociaż bardzo podobny. To dwa najbardziej wyczekiwane przeze mnie spotkania.
A derby z GKS-em Tychy? Jako nastolatek grałeś przez pewien czas w Chrzcicielu Tychy, sektor gości na Stadionie Śląskim przyjmie kibiców przyjezdnych, a mówi się, że akurat ten rywal najbardziej „grzeje” kibiców z „niebieskiego” Mikołowa, z którego przecież pochodzisz.
– Jak najbardziej, ale w terminarzu to bardziej odległy czas. O tym będziemy myśleć później, a teraz skupiamy się na tych pierwszych meczach.
Wiosną większość spotkań zagracie na Stadionie Śląskim. Jak do tego podchodzisz?
– To nasz bardzo mocny atut. Ostatnie statystyki domowe pokazują, że nie przegrywamy u siebie, w czym pomagają nam nasi kibice. Myślę, że nadal nam będą pomagać na wiosnę – i to w jeszcze większej liczbie. My swoimi wynikami musimy im się odwdzięczyć i także pomóc w kibicowaniu, aby przychodziło ich na trybuny jeszcze więcej. Jesteśmy w stanie osiągnąć naprawdę fajny wynik.
Rozmawiał Piotr Tubacki
