Bądźmy jak Włosi
Włochy są cudowne, a zawody olimpijskie będą przepiękne. Warto tam pojechać – zachęca Czesław Lang, attache polskiej reprezentacji na igrzyska Mediolan - Cortina d’Ampezzo.
Czesław Lang nie ukrywa swojej miłości do Włoch. Fot. Tomasz Jastrzębowski / Press Focus
ZIMOWE IGRZYSKA OLIMPIJSKIE
Dlaczego zostałem attache olimpijskim? Pewnie z kilku powodów, ale najkrócej rzecz ujmując: dobra znajomość kraju, języka i ludzi. Mieszkałem we Włoszech prawie 20 lat, region Trentino (Trydent-Górna Adyga) jest od dawna partnerem Tour de Pologne i tam organizowaliśmy start naszego jubileuszowego wyścigu w 2013 roku. Te same osoby do dziś z nami współpracują i są również zaangażowane przy igrzyskach – wyjaśnił Lang.
Dyrektor wyścigu Tour de Pologne zna Włochy jak mało kto. Właśnie w tym kraju zaczął startować jako pierwszy polski kolarz zawodowy w 1982 roku, dwa lata po zdobyciu w Moskwie srebrnego medalu olimpijskiego. Reprezentował włoskie grupy profesjonalne aż do końca kariery w 1989. Ale jego związki z Italią są jeszcze starsze.
– Włochy pokochałem, zanim zostałem kolarzem zawodowym. Często wyjeżdżaliśmy na zgrupowania kadry do miejscowości Villa d’Alme koło Bergamo. Obozy treningowe trwały nawet miesiąc i zawsze kończyły się wyścigiem Settimana Bergamasca, który wygrywali Staszek Szozda, Janusz Bieniek czy ja w 1980 roku – wspominał Lang. – Pamiętam właściciela baru „Augusto” w Villa d’Alme. On sam miał na imię Augusto. Opowiadał o drugiej wojnie światowej, o tym, jak wyjechał na front wschodni, a potem na piechotę wracał do Bergamo przez Polskę, jak Polacy się nim zaopiekowali, co z wdzięcznością wspominał. Nauczył się kilku słów po polsku. Gdy wracaliśmy z wyścigu, zawsze pytał: „Dove fiori?”, czyli „Gdzie kwiaty?”. „Jak kwiatów nie ma, to nie ma jedzenia” – żartował. Włosi są wspaniałymi ludźmi. Jeśli szukasz drogi, to ciebie podprowadzą, wezmą na motorynkę. Uśmiechnięci, serdeczni, cieszący się życiem – podkreślał.
Lang spędził we Włoszech blisko 20 lat. Kupił dom nad jeziorem Garda, które objeżdżał prawie każdego dnia jako element treningu razem z drugim polskim „profi” Lechem Piaseckim. Do dziś okolice Lago di Garda należą do jego ulubionych we Włoszech, obok Madonna di Campiglio – miasteczka, którego jest honorowym obywatelem i które gościło metę pierwszego etapu Tour de Pologne w 2013 roku.
Lang, który obchodził w zeszłym roku 70. urodziny, jest wielkim miłośnikiem sportów zimowych. – Unikam stoków narciarskich, bo tam tłok i łatwo o wypadek, ale lubię uprawiać skitour. Wejść na nartach trzy-cztery godziny pod górę i zjechać. Jestem tylko ja, Ela (żona) i natura. To bardzo lubię. A w młodości dużo biegaliśmy na nartach w Zakopanem pod Krokwią, z Józkiem Łuszczkiem. To był element treningu kolarskiego zimą. W ogóle kocham sporty zimowe. Biegi narciarskie, biathlon, skoki, łyżwiarstwo – wszystkie dyscypliny są cudowne. I myślę, że te igrzyska będą przepiękne. Myślę, że będzie dużo polskich kibiców. Warto tam pojechać i zobaczyć na własne oczy – zachęcał.
Czy spodziewa się sukcesów Biało-czerwonych w Mediolanie i Cortina d’Ampezzo? – Nie podchodzę do igrzysk w ten sposób. My, Polacy, kibicujemy tym, którzy walczą o medal, o pierwsze miejsce. Jak medalu nie ma, to już jest źle. A Włosi odwrotnie – potrafią cieszyć się z samej walki, są fanami swoich sportowców na dobre i na złe. Bądźmy jak Włosi. Cieszmy się, że mamy naszych reprezentantów, że mamy komu kibicować. A jak się trafi medal, to będziemy się cieszyć jeszcze bardziej – zaznaczył.
Lang jest przekonany, że igrzyska zostaną zorganizowane perfekcyjnie. – Nie mam żadnych obaw. Mówimy o północnych Włoszech. Na południu, owszem, jest podejście jak w Hiszpanii: zrobi się jutro, czyli „maniana”. Na północy jest inaczej, jak w Szwajcarii i Austrii, czyli porządek. Na pewno dadzą sobie radę – podsumował attache polskiej reprezentacji olimpijskiej.
Artur Filipiuk (PAP)
