Arteta przestał myśleć!
Kiedy ponad sześć lat temu hiszpański menedżer dołączył do Arsenalu, w pierwszych dniach swej pracy... posadził drzewo obok budynku przy boisku treningowym.
Koniec podśmiechujków z Mikela Artety i Arsenalu. Już nie drugi, wreszcie pierwszy! Fot. News Images/SIPA USA/PressFocus
Kazimierz Mochlinski z Budapesztu
LIGA MISTRZÓW
Właściwie małe drzewko, które jednak od tego czasu zdążyło się już stać całkiem solidnym drzewem. Ma dla Hiszpana znaczenie symboliczne: praca z „Kanonierami” jest przecież jego pierwszym tak poważnym wyzwaniem; wcześniej był „tylko” asystentem Pepa Guardioli. Drzewo wzrastało równolegle z tym, jak Arteta budował swoją pozycję menedżera czołowego angielskiego klubu. Do dziś uwielbia zapraszać swych podopiecznych i współpracowników na spotkania w jego cieniu. Pokazuje im wtedy, że – po pierwsze – niezbędne są mocne korzenie; po drugie – dla wzrostu drzewa ważne są wszystkie jego części: pień, gałęzie, liście... Zupełnie tak, jak w klubie, dla którego ważni są nie tylko piłkarze, ale też sztab szkoleniowy, fizjoterapeuci i każdy inny pracownik.
Znowu drudzy, hahaha
Od niedawna przy tym drzewie spotykają się i rozmawiają już mistrzowie Anglii. Arteta na samym początku swej pracy wygrał Puchar Anglii. Ale to był czas pandemii; nie było kibiców na Wembley, kiedy po owo trofeum sięgał. A więc to taki trochę zapomniany puchar; nie ma świadków, że rzeczywiście go zdobył. W kolejnych latach zaś rosła niepewność i – w pewnych chwilach frustracja - menedżera (bo on jest akurat nie trenerem, a właśnie menedżerem w klasycznym rozumieniu tego słowa w angielskiej piłce). Już mu coraz mocniej doskwierało to, że – jak w trzech poprzednich latach – Arsenal kończy rozgrywki na drugim miejscu. W obecnym sezonie też byli drudzy w Pucharze Ligi Angielskiej, po porażce w finale z Manchesterem City. Ta łatka „wiecznie drugiego” tak przylgnęła do klubu, że nawet kibice malutkiego Mansfield Town (z League One, czyli trzeciego poziomu rozgrywkowego) z ironią śpiewali gościom: „Znowu drudzy, hahaha” - jak fani wszystkich premierleague'owych ekip.
Nie pora umierać!
Ale w końcu „Kanonierzy” są pierwsi, zawdzięczając to w głównej mierze swemu menedżerowi, szkoleniowcowi i... psychologowi w jednej osobie. Zaprasza przecież swych graczy i współpracowników nie tylko pod drzewko, ale i na grilla. Pewnie, że dla sportowca to jedzenie mało zdrowe; nie o to jednak w tych spotkaniach chodzi, a o poczucie wspólnoty. No i jeszcze o „czary”. Arteta ostatnio skopiował w trakcie takiego grilla jedną ze scen najnowszego filmu o Jamesie Bondzie: „No Time To Die” (Nie pora umierać). Kiedy już z rusztów zniknęły kiełbaski i karkówka, a płomienie dogasały, nakazał podopiecznym wrzucenie w ten ogień osobistych kartek z zapisem wszystkich negatywnych uczuć, niemiłych wspomnień, problemów. Zadziałało! Od chwili ligowej porażki z City, zdającej się w tamtym momencie zwiastować kolejny sezon ze srebrem („Znowu drudzy, hahaha”), wygrali Londyńczycy już wszystko, co było do wygrania – łącznie z wymarzonym tytułem mistrzowskim.
Instynkt zamiast analizy
Sam zresztą też zostawił te negatywne uczucia za sobą. Gdy w minionych latach przegrywał złoto ligowe, przeklinał wszystko: los, pogodę, sędziów, rywali... W obecnym sezonie sięgał już tylko po energię pozytywną: zdenerwowanie zniknęło, zastąpiono je pasją! To zrobiło dużą różnicę, również dla jego podopiecznych. Co więcej: odłożył też na półkę wszelkie analizy, którymi nieustannie zaprzątał sobie głowę w minionych sezonach. Teraz – jak przyznał – po prostu... przestał myśleć, zaczął zaś podejmować decyzje wyłącznie instynktownie! Przykład? Myles Lewis-Skelly – 19-latek, który z akademii wyszedł jako środkowy pomocnik, ale w pierwszej drużynie został lewym obrońcą, bo taka była potrzeba. Kiedy jednak przyszły najważniejsze mecze końcówki sezonu, Artera ustawił go w środku pomocy, obok Declana Rice'a. W ten sposób junior z akademii wygryzł ze składu Martina Zubimendiego, pozyskanego latem za 70 mln euro! Hiszpan może mieć jeszcze wielką rolę do odegrania w finale LM w Budapeszcie – ale może w zupełnie innej roli.
Drama na prawej!
Tego nie wie nikt! Bo o ile przez cały niemal sezon w ciemno można było obstawiać ustawienie i personalia Arsenalu w każdym meczu, w ostatnich dniach pojawiło się sporo zagadek. Nie ma pewności, czy grający od jakiegoś czasu stoper Gabriel Magalhaes i ofensywny pomocnik Martin Odegaard będą gotowi na 90 minut. Wobec kontuzji Jurriena Timbera i Bena White, Arsenal nie ma też doświadczonego prawego obrońcy – bo trudno mówić, że Cristhian Mosquera owo doświadczenie ma. A przecież trzeba tam będzie zatrzymać Chwiczę Kwaraccheliję, chyba najlepszego teraz na świecie lewoskrzydłowego, który dał się Arsenalowi we znaki rok temu w półfinale Ligi Mistrzów. W tej sytuacji w dwóch ostatnich grach ligowych Artera próbował na prawej obronie najpierw Rice'a, a potem właśnie Zubimendiego!
Druga zagadka – Viktor Gyoekeres, który zabrał nam przepustkę na mundial. Od tamtego gola gra z wielką pewnością siebie. Ale w ostatniej kolejce Premier League Szwed... siadł na ławce. Zagrał za niego Kai Havertz – autor zwycięskiej bramki dla Chelsea w finale Champions League 2021. Czy w Budapeszcie też znajdzie się w wyjściowej jedenastce? Nie wiemy, bo trudno odczytać instynkty Artety.
Taki miły i młody...
A on uwielbia niespodzianki. Parę sezonów wstecz jeden z pracowników klubu przed drzwiami windy wożącej gości na poziom trybuny VIP zauważył starszą panią na wózku, z jakichś powodów pozostawianą tam przez swojego stałego opiekuna. Poprosiła tegoż pracownika o pomoc, a tenże nie tylko zawiózł ją na miejsce, ale i przez całą drogę bardzo fachowo rozmawiał z nią o zawodnikach i taktyce. Już na miejscu w loży VIP, zapytała stojącego za plecami miłego młodego chłopaka o imię – chciała bowiem w oficjalnym piśmie podziękować klubowi za pomoc tegoż pracownika. „Mikel” - odpowiedział krótko. Tak, dobrze myślicie: kiedy się na swym wózku odwróciła, zobaczyła uśmiechniętą twarz menedżera drużyny! Jako że była w potrzebie, zostawił swych graczy szykujących się na wyjście na mecz i pospieszył z pomocą.
No i co: fajny z niego gość?
