Argentyna bez Messiego. Jak żyć?
Jak? Normalnie! Spokojnie, nie będzie żadnej awarii! Zapomnijcie o poczuciu traumy i choroby sierocej, życie nie znosi próżni!
Argentyna pożegnała Messiego (na zdjęciu z rodziną) i musi żyć dalej. Fot. IMAGO / Press Focus
Nie ma wątpliwości, że gdy 6 października Lionel Messi rozegrał pełen emocji, pożegnalny mecz w reprezentacji przeciwko drużynie Beninu, strzelając jednocześnie ostatnią bramkę w pasiastej koszulce – byliśmy świadkami końca epoki. Życie jednak nie znosi próżni: argentyńska federacja (AFA) oficjalnie potwierdziła pierwsze spotkania reprezentacji już bez udziału legendy. W listopadowym okienku FIFA Albicelestes zagrają towarzysko z Urugwajem w Buenos Aires (13 listopada na słynnym stadionie La Bombonera) oraz z Kostaryką w Cordobie (17 listopada).
Spokojnie, to nie awaria
Czy Argentyna ciągle płacze po Messim? Nieeee... Nie jest jednak tak, że gdy wielka epoka się kończy – musi zastąpić ją mrok, że musi upłynąć jakiś czas, żeby go rozświetlić... Niektórzy zapewne zastanawiają się, czy Argentyńczycy wpadną w taki dołek jak po niechlubnym zakończeniu kariery reprezentacyjnej przez Diego Maradonę w 1994 roku. Do debiutu Messiego w Albicelestes upłynęła wtedy ponad dekada (Leo pierwszy mecz w pierwszej drużynie rozegrał w sierpniu 2005 roku przeciw Węgrom) i był to – przyznać trzeba – okres ogromnych rozczarowań mimo wielkich nazwisk na ławce trenerskiej (Daniel Passarella, Marcelo Bielsa). W mundialach przytrafiły się więc Argentynie spektakularne bęcki – najpierw z Holandią w ćwierćfinale w 1998 roku, po genialnym golu Dennisa Bergkampa, a potem pozostanie we łzach i na klęczkach w grupie cztery lata później. Podobnie zresztą było w Copa América (1995, 97 i 99 – ledwie osiągnęli ćwierćfinał, w 2004 mistrzostwo przegrane w karnych z Brazylią). Jedynie drużyny olimpijskie i młodzieżowe potrafiły wówczas odnosić wielkie sukcesy, ale powiedzmy sobie szczerze – dla tak wielkiej futbolowej nacji jak argentyńska to jedynie surogat (chodzi o wicemistrzostwo olimpijskie w Atlancie i mistrzostwo podczas IO w Atenach oraz trzy tytuły najlepszej drużyny na świecie do lat 20, wywalczone w latach 1995, 1997 i 2001).
Zaraz kolejne mecze
Czy najbliższy okres – zanim w Buenos i okolicach pojawi się kolejny mesjasz – uda się więc Argentyńczykom przeżyć, nie mocząc przy tym stóp? Tego oczywiście nie wie nikt, ale chyba nikt o zdrowych zmysłach nie wierzy, że Argentyna nagle stanie się bezzębna jak stara wyliniała puma w Andach... Cóż, ta drużyna działa na wyobraźnię nie tylko w Argentynie. Weźmy na przykład świeżą historię nastolatka z Nowej Zelandii, który... wybrał grę dla Albicelestes. Historia 15-letniego Joaquina Reinoso jest niezwykła. Młodziutki skrzydłowy akademii Velez Sarsfield, urodzony w nowozelandzkim Auckland, otrzymał powołanie do kadry U-17 Nowej Zelandii oraz kadry U-15 Argentyny niemal w tym samym czasie. Piłkarz zrezygnował jednak z gry dla Nowej Zelandii, ogłaszając właśnie, że wybiera grę dla ojczyzny rodziców. Jego idolem jest – cóż za zaskoczenie – Leo Messi... Albicelestes działają na wyobraźnię...
W meczu Romy z Genoą Santiago Castro olśnił nie tylko Rzym, ale i całe Włochy. Fot. LaPresse/SIPA USA/PressFocus
Powtórzmy w tym miejscu formułkę o życiu, które nie znosi próżni: prawda taka, że młodzi, 22-letni Argentyńczycy – Nico Paz i Santiago Castro – błyszczą w Europie. Argentyńskie media oczywiście bacznie śledzą losy młodych talentów we Włoszech, które w niedzielę potrafiły skraść show w Serie A. Nico Paz zaliczył gola i asystę w wygranym 3:1 meczu Como z Fiorentiną, z kolei wytatuowany Santiago Castro wpisał się na listę strzelców dla Romy cudownym golem (co za techniczna podcinka!) w wygranym pojedynku z Genuą. Chłopaki udowodnili dobitnie, że zaplecze personalne nowej reprezentacji Argentyny wygląda obiecująco. Jest szansa na życie po życiu...
Nieprzewidywalność dla rywala to podstawa
Roberto Ayala, były fantastyczny reprezentacyjny obrońca, obecnie członek sztabu trenerskiego kadry, wypowiadając się dla jednej z argentyńskich rozgłośni radiowych o obecnej sytuacji reprezentacji, nie miał wątpliwości: – Wiemy, że mamy potencjał, by kontynuować rywalizację w najlepszej formie. Dla nas to ogromne wyzwanie, by zastąpić Leo Messiego, utrzymać siłę i konkurencyjność argentyńskiej reprezentacji. Uważam jednak, że mamy wspaniałą grupę zawodników, którzy mają za sobą wiele doświadczeń, którzy mogą zainspirować młodszych piłkarzy do przeżywania tego w taki sam sposób, jak oni sami – stwierdził Ayala.
Przykład? Weźmy na tapet choćby Leo Floresa. Ten występujący na pozycji prawoskrzydłowego lub napastnika 19-latek jest uznawany za jeden z największych młodych talentów w tym kraju, a jeszcze nie tak dawno niewielu o nim w ogóle słyszało. W tym roku zyskał ogromny rozgłos dzięki błyskawicznemu rozkwitowi talentu i awansowi zarówno w piłce klubowej, jak i reprezentacyjnej. To obecnie piłkarz Boca Juniors, w barwach którego zadebiutował ledwie w lipcu w meczu przeciwko Sarmiento. W debiucie od razu zdobył bramkę, jego kontrakt ze stołecznym klubem obowiązuje do końca 2029 roku. Pod koniec września Flores zadebiutował w seniorskiej reprezentacji narodowej w wygranym 4:0 meczu z Boliwią. Ciekawostka: przeszedł do historii jako 185. – i jednocześnie ostatni zawodnik – który dzielił boisko z Lionelem Messim w kadrze narodowej, wyszedł bowiem w końcówce w meczu z Beninem. Członkowie sztabu szkoleniowego reprezentacji, w tym Lionel Scaloni oraz cytowany już Roberto Ayala, publicznie chwalili jego ogromną pewność siebie. To oczywiście początek drogi, pokusy bowiem czekają... Sztab zdążył już bowiem zwrócić nastolatkowi uwagę na konieczność profesjonalnego podejścia do wielu aspektów życia poza boiskiem... Tak czy inaczej Ayala przyznaje: – Jesteśmy pod wrażeniem nieprzewidywalności, jaką wykazuje na boisku Leo Flores, jesteśmy z niego bardzo zadowoleni.
Albo weźmy na chwilę pod lupę inny talent: 20-letni Gianluca Prestianni, wychowanek Velez, obecnie skrzydłowy Benfiki, który w dorosłej reprezentacji zdążył zadebiutować już w zeszłym roku. – Posiada talent do gry jeden na jeden. To typ zawodnika, który zawsze jest w reprezentacji mile widziany – przyznaje Ayala.
Urazy częścią rzeczywistości
Życie nie znosi próżni, zarówno przyjemności, jak i kłopoty lubią chodzić stadami. Do tych ostatnich należy poważna kontuzja i operacja Emiliano „Dibu” Martineza. Podstawowy bramkarz reprezentacji przeszedł w ostatni weekend pilną operację złamanej szczęki. Kontuzji doznał w meczu Premier League pomiędzy jego nowym klubem – Chelsea – a Evertonem. Bramkarz wprawdzie zdążył już przekazać kibicom, że czuje się dobrze, ale i tak czeka go około sześciu tygodni przerwy – to automatycznie wyklucza go z listopadowych meczów kadry. Jakby tego było mało – włoskie i argentyńskie media doniosły o problemach mięśniowych kluczowego napastnika – Lautaro Martineza. Uraz asa Interu Mediolan stawia pod dużym znakiem zapytania występy w kolejnych grach reprezentacyjnych. To – przy nieobecności Messiego i kontuzji Dibu – może już komplikować plany selekcjonera Lionela Scaloniego, choć przecież na razie to tylko gry towarzyskie.
Argentyna żyje też sensacyjnymi plotkami związanymi z Julianem Alvarezem. Wybuchła tam pełna ekscytacji burza po doniesieniach, jakoby River Plate miałoby spróbować wypożyczyć Alvareza na pół roku z Atletico Madryt. Według spekulacji napastnik miałby spędzić drugą część sezonu w Argentynie, zanim latem definitywnie przeniósłby się do Barcelony. Wydaje się jednak, że to raczej marzenia fanatyków, którym niestraszna ścięta głowa...
