Ani słowa o fazach przejściowych
Beniaminek z Mazowsza to jedna z największych niespodzianek tego sezonu ekstraklasy. A jego szkoleniowiec jest jedną z najciekawszych postaci trenerskiego środowiska.
Panowie, będę mieć na was oko – zdaje się mówić Mariusz Misiura do sędziowskiego tercetu. Fot. PAP / Wojtek Jargiło
WISŁA PŁOCK
Choć w roli zawodnika ma w CV epizody ekstraklasowe (siedem meczów w barwach Pogoni), pewnie nie określiłby siebie mianem „ligowca pełną gębą”. Po zakończeniu przygody z boiskiem bardzo poważnie natomiast Mariusz Misiura – bo o nim mowa – podszedł do swego zawodowego rozwoju w branży trenerskiej. Stosowną szkołę w tej dziedzinie ukończył w Niemczech. W Hiszpanii pracował przez półtora roku w... Realu Madryt (– W dziale metodologii – jak sam mówi). Kształcił się też i nabierał doświadczenia w Chinach. Zresztą wykorzystuje każdą okazję do osobistego rozwoju. Kiedy liga miała w październiku przerwę reprezentacyjną, wybrał się na kilkudniowy staż do praskiej Slavii.
Gra w trzy kubki
Przede wszystkim jest jednak Mariusz Misiura postacią nietuzinkową w sensie medialnym. W epoce trenerów, którzy przed kamerami telewizyjnymi i na konferencjach prasowych rozprawiają o „trzecich tercjach” i „fazach przejściowych”, budując – we własnym mniemaniu – własny wizerunek osoby nader kompetentnej, przekaz trenera płocczan jest klarowny, prostolinijny i zrozumiały również dla kibiców – tych, którzy nie pochłaniali podręczników taktyki, a mecz piłkarski traktują nie w kategoriach naukowych, ale emocjonalnych i widowiskowych. Jeśli już ma zastosować ciekawe określenie, to raczej – jak w przypadku potyczki z Piastem – odwoła się na przykład do „gry w trzy kubki”. Bo ma Misiura świadomość tego, że bez emocji i widowiska na murawie, trybuny świecić będą pustkami.
Sumienie środowiska
– Ja bym chciał, żebyśmy przestali w naszej polskiej piłce grać sposobem, na czas. To idzie wszystko w złym kierunku. Uderzę trochę w środowisko trenerów, ale my musimy przestać chcieć zdobywać punkty sposobami. Weźmy się za pracę, taką czysto merytoryczną, piłkarską, bo nam świat odjeżdża i to od nas, trenerów zależy, czy będziemy go gonić, czy wręcz przeciwnie, będziemy biec w odwrotną stronę – monolog trenera Wisły po spotkaniu z Kotwicą Kołobrzeg w ubiegłym sezonie jest tego dobitnym potwierdzeniem. A miał wtedy renomowanego adwersarza; na ławce rywali siedział przecież Ryszard Tarasiewicz.
Presja i prztyczek
Generalnie opiekun Nafciarzy, z którymi awansował do ekstraklasy (wcześniej zaliczył awans do I ligi ze Zniczem Pruszków) niejednokrotnie wchodzi w buty „sumienia środowiska”. Tak było i parę dni temu, gdy pomeczową konferencję w Lublinie tez zamienił w niemal półgodzinne show, z wieloma nader interesującymi momentami i tematami. Również dotyczącymi trenerów. Poszło o... reakcje obu sztabów szkoleniowych w chwilach kontrowersyjnych decyzji arbitra. – Nie chcieliśmy być chłopcami, którzy zgadzają się z każdą decyzją i każdym zagraniem. Obrona własnej drużyny i wywieranie presji na sędziego jest czymś normalnym – wyjaśniał wybuchy emocji u siebie i współpracowników. – Za każdym razem reagowaliśmy jednak w stronę arbitra i boiska. Jeżeli ktoś pokaże mi nagranie, na którym moja ławka wyskakuje do ławki Motoru, jestem gotów zapłacić jakąś karę – zadeklarował Mariusz Misiura.
I wymierzył zarazem prztyczek w kierunku swego vis-a-vis. – Natomiast nie rozumiem reakcji ławki przeciwnika w stosunku do mnie, do nas. Powiedziałem Matiemu (Mateuszowi Stolarskiemu – dop. red.), że nie podobała mi się reakcja ławki Motoru, która często wyskakiwała w naszym kierunku – podkreślił. I przypominał, że – jego zdaniem – Damian Sylwestrzak mylił się w obie strony. – Przecież dwa razy uchronił Motor przed grą w dziesiątkę, rezygnując z karania zawodników drugą żółtą kartką – dowodził.
Kamyczek do własnego ogródka
Owe „połajanki” stwarzają czasem wrażenie człowieka nieomylnego. Nic... bardziej mylnego; dowody tego Mariusz Misiura też dał w Lublinie. Odwołując się do kiepskiej postawy swej drużyny w pierwszej połowie, bił się w piersi. Mocno się bił. – Muszę być lepszym trenerem. Widocznie argumenty, których użyłem, nie trafiły do drużyny. Być może muszę lepiej dobierać i słowa, i momenty, w których coś mówię. Kamyczek do mnie i do mojego sztabu – podsumowywał fakt, że odprawa obejmująca wskazówki co do sposobu w pierwszych minutach najwyraźniej do drużyny nie dotarła.
Wisła po 15 kolejkach zajmuje trzecie – a więc pucharowe – miejsce w tabeli. Czy go dowiezie do mety, nie sposób dziś ocenić. Trenera Misiury warto jednak słuchać...
Dariusz Leśnikowski
