Angielskie granie... po niemiecku
Nie trzeba grać na pokaz; trzeba grać tak, by awansować – coraz liczniejsi brytyjscy pragmatycy wśród kibiców bronią tuchelowego sposobu przeczołgiwania się przez kolejne rundy.
Dokąd zajedzie angielski autobus z niemieckim szoferem? Fot. Huang Zongzhi/Xinhua / Press Focus
Kazimierz Mochlinski z Londynu
Po raz pierwszy w historii do półfinałów mundialu dotarły cztery czołowe drużyny rankingu światowego, rozstawione – nigdy wcześniej FIFA tego mechanizmu nie stosowała – tak, by nie wpadły na siebie wcześniej. W owym kwartecie są też Anglicy, dla których owa czwórka jawi się ważną liczbą. Po raz czwarty spośród pięciu ostatnich wielkich turniejów Synowie Albionu awansowali co najmniej do właśnie tego etapu! Byli w półfinale mundialu 2018, a w dwóch kolejnych turniejach EURO – tym „covidowym” w 2021 oraz tym sprzed dwóch lat – zagrali w wielkim finale. Jedynie globalny czempionat w Katarze skończyli „tylko” w ćwierćfinale, przegrywając tam z Francją, choć przegrać nie musieli, bo Harry Kane w tym meczu nie wykorzystał karnego. Wszystkie te rezultaty Anglicy zanotowali pod opieką Garetha Southgate'a i... zdążyli się już przyzwyczaić do napięcia towarzyszącego gry na tym etapie. Nie peszy ich obecność w gronie czołowych drużyn świata.
Czwórka powraca też przy okazji całej historii angielskich występów w finałach MŚ. W tejże bowiem ledwie trzy razy byli co najmniej w półfinale. W 1966 na własnych boiskach triumfowali, sięgając po Puchar Świata. W 1990 bój o wejście do finału przegrali rzutami karnymi z reprezentacją Republiki Federalnej Niemiec. Potem zaś był wspomniany półfinał w Rosji, pod skrzydłami Southgate'a.
Grać, by awansować
Teraz, w swym pierwszym mundialu, do półfinału doprowadził ich Thomas Tuchel; człowiek z trenerskiej szkoły niemieckiej. Zrobił to – rzec można – w iście niemieckim stylu. Anglia przecież nie gra najlepiej; to nie jest futbol porywający, ekscytujący. W Londynie oglądanie każdego jej mundialowego spotkania wywołuje falę niekoniecznie pozytywnych komentarzy. Niemal żadnego z mistrzowskich meczów Anglicy nie wygrali przecież lekko, łatwo i przyjemnie. Z Ghaną zremisowali bezbramkowo, z Panamą dwa gole strzelili dopiero po przerwie, przepychali też szczęśliwie gry fazy play off: 2:1 z DR Konga, 3:2 z Meksykiem i ostatnio 2:1 z Norwegią. W tym pierwszym i w trzecim boju przegrywali i musieli gonić rywala. Potyczka z Meksykiem zaś kosztowała ich mnóstwo sił, bo przez większość drugiej połowy grali w osłabieniu.
„To takie nieangielskie i nieeleganckie” – wzdycha część ultrakonserwatywnych kibiców. Ale natychmiast zagłuszani są oni przez tych, którzy właśnie w tradycyjnym angielskim rzucaniu wszystkich sił na szalę w każdym spotkaniu widzą przyczynę tak skromnych do tej pory – jak na brytyjskie oczekiwania, nadzieje i... ego – sukcesów w turniejach mistrzowskich. „Więc lepiej grać tak, jak zawsze robili to Niemcy” – odpowiadają owi pragmatycy. „Nie trzeba grać na pokaz; trzeba grać tak, by awansować” – bronią tuchelowego sposobu przeczołgiwania się przez kolejne rundy. Anglia w tej imprezie gra bardziej po niemiecku niż sami Niemcy. Dlatego ich już dawno nie ma, a Anglicy walczą o medal!
Wygoić tę ranę!
Być może na amerykańskich boiskach którejś z europejskich reprezentacji uda się – po raz trzeci w historii, po wygranej Hiszpanów w RPA i Niemców w Brazylii – zwyciężyć w mundialu rozgrywanym poza Starym Kontynentem. Trzeba tylko – bagatela... – pokonać Argentynę, broniącą honoru reszty świata. Anglia jest pierwsza w kolejce, by tego spróbować. Ale też Anglia – przecież czuła na wszelkie historyczne kwestie – wciąż ma gdzieś z tyłu głowy argentyński kompleks, sięgający roku 1986, stadionu Azteca i słynnej „ręki Boga”. Sam stadion Anglicy już odczarowali, pokonując tam 3:2 meksykańskich współgospodarzy w 1/8 finału. Ale kiedy przechodzili jego korytarzami do szatni, musiały się im rzucić w oczy dwie ogromne fotografie na ścianach. Na jednej z nich Diego „bóg” Maradona wznosi nad głowę puchar za triumf Argentyny w Mexico '86; na drugiej – strzela Angolom tę niesamowitą bramkę, która poprzedził kilkudziesięciometrowy rajd między rywalami. Wygrana z Meksykanami to tylko maleńki plasterek na ranie sprzed 40 lat. Całkowicie wygoić ją może dopiero pokonanie Argentyny...
Motywację podopieczni Tuchela mają nie tylko sportową. Brytyjski rząd właśnie ogłosił, że jeśli Anglicy wygrają turniej, całe Wyspy dostaną dzień wolnego! Nie wiadomo, czy aby na pewno spodoba się to Szkotom, ale i ich – jako Brytyjczyków – ewentualne rządowe rozporządzenie obejmie.
Trybuny rozśpiewane
Na razie oczy wszystkich angielskich kibiców zwrócone są przede wszystkim na Harry'ego Kane'a i Jude'a Bellinghama. Ten duet zdobył 12 z 13 goli strzelonych przez Anglików za Atlantykiem. Ten drugi jest pierwszym od czasów Maradony zawodnikiem, który w dwóch kolejnych spotkaniach fazy play off (z Meksykiem i Norwegią) ustrzelił dublety. Zasługuje w pełni na płynące z trybun nuty i słowa beatlesowskiego „Hey, Jude” (ciekawe, jak się czuł w tym momencie Mick Jagger z Rolling Stones, obecny w loży VIP...), choć wciąż piosenką numer jeden pozostaje „Wonderwall” grupy Oasis, znów wspólnie odśpiewane w Miami, po pokonaniu Wikingów.
A propos piosenek. Hymnem Euro 1996, organizowanego na Wyspach, był utwór „Football's coming home” (Futbol wraca do domu), chętnie nucony przez Brytyjczyków i w USA. Podczas meczu z Norwegią, gdy rywale objęli prowadzenie, ich kibice wyśpiewali im słowa „You're going home” (Jedziecie do domu). W dogrywce jednak to fani angielscy mieli powody do żartów: „You're rowing home” (Wiosłujecie do domu)!
Hit i Heat
Na Florydę, na hit z Norwegią, podopieczni Tuchela przyjechali wcześniej, skorzystali z gościny Davida Beckhama, który udostępnił im fantastyczny ośrodek Interu, ale i tak cena wysiłku w meczu, rozgrywanym w jednej z najwyższych temperatur w historii mundialu, była wielka. Declan Rice – po trzydniowym leżeniu w łóżku z wirusem – wytrzymał tylko 45 minut, inni też mocno odczuli warunki. „Teraz rozumiemy, czemu miejscowy team NBA nosi nazwę Heat” – mówili zgodnie. Związek zawodowy piłkarzy protestował przeciwko grze w takiej temperaturze, ale FIFA takie protesty ma w nosie.
Pasy są passe!
W Atlancie tego problemu już nie będzie; stadion jest zadaszony i klimatyzowany. Szykuje się więc wspaniałe widowisko. Również z tego powodu, że choć Messi zagra mecz numer 206 w kadrze, będzie to dopiero jego pierwsze starcie przeciwko Anglii! Te dwa kraje towarzysko grywają ze sobą nader rzadko, a w mundialu spotkają się po raz pierwszy od 2002 roku. Przyniósł on jedno z trzech angielskich zwycięstw nad Argentyną w finałach MŚ (wcześniej – w 1962 i 1966). W każdym z tych przegranych meczów Albicelestes grali w swych tradycyjnych, pasiastych koszulkach. Dwa zwycięstwa (1986 i 1998) nad Anglikami odnieśli, występując w ciemnoniebieskich trykotach. Teraz więc – choć formalnie są gośćmi – walczą o pierwszeństwo wyboru strojów: po to, by znów wybrać ów szczęśliwy komplet. I niech ktoś powie, że futbol to racjonalna gra i nie ma w nim przesądów!
W Miami słowa „Hey, Jude” wyśpiewał nawet „książę” Harry! Fot. Cheng Min/Xinhua/PressFocus
