Anatema

Z DRUGIEJ STRONY - Paweł Czado

Jako człowiekowi, który nie chowa długo urazy, łatwo było mi napisać ten tekst. Zresztą piszę o przypadku, przy okazji którego nawet nie miałbym moralnego prawa jakiejkolwiek urazy chować. Problem w tym, że w naszym krajów jest wielu takich, którzy uwielbiają osądzać i wydawać wyroki w każdej sprawie, także takiej, która ich nie dotyczy.

Anatema to uroczysta klątwa oznaczająca wykluczenie ze społeczności, ekskomunika. W piłce nożnej tytułowe „uroczyste klątwy” i wykluczenia towarzyskie raczej się nie zdarzają, to przecież światek pełen grzechów, a więc i zrozumienia dla słabości innych. Jak się jednak okazuje - niektóre grzechy są nie do wybaczenia... Przyszło mi to do głowy teraz, bo akurat dziś 80. urodziny obchodzi sławny polski piłkarz, swego czasu jeden z najlepszych skrzydłowych globu, wybrany nawet do jedenastki mistrzostw świata. Całkowicie jednak zniknął z życia publicznego, napiętnowany i potępiony. Jest, a jakby go nie było. Żyje na drugim końcu świata i prawie nikt nie wie co się z nim dzieje.

Nie ma wątpliwości, że Robert Gadocha był fenomenem, zawodnikiem fantastycznym, z prawem do moszczenia się w jedenastce polskiego futbolu wszech czasów. Na igrzyskach w Monachium w 1972 roku, gdzie Polska zdobyła mistrzostwo olimpijskie, strzelił sześć goli,  Dwa lata później, podczas pamiętnych mistrzostw świata bramki nie strzelił, ale cały świat patrzył w oszołomieniu jak kręci na lewym skrzydle rywalami i wypracowuje gole. Na Weltmeisterchaft’74 wypracował ich aż siedem. Chciał go Bayern, ale od peerelowskich decydentów dostał zgodę na grę jedynie w Nantes. I tak się cieszył, przecierał przecież szlaki, podpisując za gierkowskich czasów kontrakt na „zgniłym Zachodzie”. Wydawało się, że po zakończeniu kariery będzie cieszył się zasłużonym szacunkiem. Tymczasem nic z tego. Cieniem położyła się na nim afera, która wybuchła dwadzieścia lat temu. Okazało się, że podczas mistrzostw świata Argentyńczycy, którzy przegrali z Polakami w pierwszym meczu - zaproponowali potem „wspomaganie”, czyli 24 tysiące dolarów jeśli Polacy pokonają Włochy. Torba z forsą miała zostać przekazana właśnie Gadosze, a ten nic kolegom miał nie powiedzieć. Ci - z nim w składzie - wygrali z Italią bez specyficznego wspomagania, a Argentyńczykom i tak to nie pomogło, odpadli bowiem w grupie, zajmując ledwie trzecie miejsce.

Nie wiem czy zdarzenia z dolarami miały miejsce w dokładnie takich okolicznościach, Gadocha temu po latach zaprzeczał. Nazwisko miała mu zszargać była żona, z którą nie rozstał się w komitywie. Potem zapadł się jednak pod ziemię, a ludzie o sercach i głowach czystych jak łza rzucili się do osądzania.

Robert Gadocha ani mi brat, ani swat. Widziałem go na oczy raz, gdy jakoś na przełomie wieków przyjechał  na spotkanie z kibicami do katowickiego kina Światowid. Pchał wtedy przed sobą siedzącego na wózku inwalidzkim Kazimierza Górskiego. Cóż; sądzę, że jeśli wtedy te pieniądze wziął - kara społecznego potępienia spotkała go ogromna. Czyż nie odcierpiał występku przez te wszystkie lata? Powszechne potępienie potrafi zabić człowieka. A on sam przecież nikogo nie zabił. Chcę więc Gadochę pamiętać jako wybitnego piłkarza, a nie cwaniaczka, który oszukał kumpli. Chcę pamiętać jako gracza, który  oczarował świat. I tak właśnie jest, i tak właśnie będzie!

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się