„Ana”, co na pomnik zasłużył!
Kiedy w 2019 roku – na stulecie PZPN-u – wybierano „Złotą Jedenastkę”, właśnie jego kandydatura była dyskutowana najgoręcej i najdłużej. Wielu z tych, którzy widzieli go na murawie na własne oczy, do dziś upiera się, że to najlepszy lewy obrońca w historii Biało-czerwonych. 14 marca Zygmunt Anczok kończy 80 lat.
Zygmunt Anczok - zawsze mu do twarzy z orzełkiem na sercu! Fot. Łukasz Laskowski / Press Focus
Najskromniejszy z polskich mistrzów olimpijskich z 1972 roku? Być może. Z maleńskiego Lublińca wyszedł – wychowując się w trudnych powojennych czasach, i do Lublińca po karierze wrócił. Pewnie powinien mieć już tam pomnik, bo w żadnej rozmowie – a parę ich odbyliśmy i parę jego wspomnień opublikowano na różnych portalach – nigdy o Lublińcu nie zapomni, a historycznych postaci z wpisem „urodzony w Lublińcu” nawet Wikipedia nie podpowiada zbyt wielu.
Ale pomnik zbudować można przecież i słowami – głównie jego własnymi, i elementami... garderoby. To spróbujmy...
…począwszy od butów.
Bo to, że przez całe sportowe życie zakładać będzie piłkarskie korki, wcale takie oczywiste nie było. W wieku wczesnoszkolnym świetnie się przecież czuł w piłce, tyle że ręcznej – więc starczały zwykłe trampki. Często zamieniał je też na lekkoatletyczne kolce (to przenośnia, po bieżni też biegał w trampkach..). A chwilami... obuwie w ogóle potrzebne nie było, gdy wchodził na salę gimnastyczną i ćwiczył fiflaki, salta i szpagaty. Po latach tak opowiadał o tych sportowych fascynacjach: „W szkole podstawowej naprawdę dobry byłem w szczypiorniaka; niezły w gimnastyce i chyba najlepszy – w lekkoatletyce. Popularny był wtedy czwórbój: skok w dal, bieg na 60 metrów, skok wzwyż i rzut piłeczką palantową. Przez lata w każdej z tych konkurencji miałem najlepszy wynik w szkole. Dzięki temu już wtedy wystąpiłem w zawodach na stadionie Górnika Zabrze. Tyle że nie na murawie, a na bieżni”.
Sport w tym okresie dziecięco-wczesnomłodzieżowym jawił się więc przede wszystkim jako dobra rozrywka, szansa na nowe przyjaźnie. Szybko jednak okazał się też okazją do wyrwania się z miasteczka może i ładnego, ale jednak w owym czasie bardzo biednego. A futbol nawet w czasach PRL potrafił otworzyć nowe perspektywy życiowe, okno na świat i ścieżkę do – jak na PRL-owskie standardy – niezłych dochodów. Do tego ostatniego niezbędne jednak były...
… spodnie z głębokimi kieszeniami.
I to najlepiej prosto spod igły renomowanych Zakładów Przemysłu Odzieżowego „Bytom”. Do tegoż Bytomia piętnastoletni wówczas Zyga – od roku trenujący i grający już w seniorskim zespole Sparty Lubliniec – trafił za sprawą Helmuta Cichonia. Mistrza Polski'54 w barwach Polonii, który po podjęciu pracy w Lublińcu w roli trenera, posłał nastolatka właśnie do niebiesko-czerwonych z Bytomia, miast do niebiesko-czerwonych z Odry Opole, którzy w zasadzie już pewni byli, że go „zakontraktowali”. Ceną „transferu” był... zegarek marki „Poljot”, z napisem na rewersie „Sdiełano w CCCP”, który wręczono dzieciakowi.
Przeprowadzka do bytomskiego internatu tutejszej zawodowej szkoły metalowej – zamienionej po dwóch latach nauki na technikum energetyczne – okazała się strzałem w dziesiątkę pod każdym względem. Tytuł mistrzowski swych starszych kolegów, zdobyty w 1962, „Ana” - przylgnął doń ten pseudonim na dekady – oglądał jeszcze z trybun, ale krótko potem już dołączył do starszych kolegów. Najpierw sięgnął z rówieśnikami po złoto w krajowym czempionacie juniorów (w finale legło sosnowieckie Zagłębie, z Andrzejem Jarosikiem w składzie), a za chwilę z prawego łącznika (była wtedy taka pozycja na boisku) zrobiono zeń lewego obrońcę i wstawiono w ligową jedenastkę Polonii.
A jak już to miejsce w składzie złapał, mając niespełna 18 lat, odebrać go sobie nie dał. Więc kiedy w 1965 we wspomnianych zakładach odzieżowych pobierano miarę na garnitury dla zawodników szykujących się do wyprawy za ocean na rozgrywki Interligi i Pucharu Ameryki, nastolatek też stanął w kolejce do krawca. „Uszyto nam ciemne marynarki i spodnie, żebyśmy dobrze „u kapitalistów” wyglądali” - opowiadał „Sportowi”. „Z jednej strony w 30-stopniowych upałach, jakie przez całe lato panowały wtedy w Nowym Jorku po prostu się rozpływaliśmy” - wspominał. Z drugiej – eleganckie „ancugi” miały dość istotny walor. „Kiedy prezentowaliśmy zdobyty po dwumeczu z Duklą Praga okazały puchar amerykańskim Polonusom, chcieli nam do niego wrzucać dolary. Ale że wieczko się nie otwierało, napychali nam nimi kieszenie w spodniach” - mówił nam Zygmunt Anczok. To był – dodajmy od razu – pokaźny zastrzyk gotówki. Bo oficjalna dieta państwowa dla naszych piłkarzy „na delegacji” w USA wynosiła... dwa dolary! „A musieliśmy sobie obiady kupować sami! Niedaleko hotelu był tani bar, w którym można było za dolara z okładem zjeść kurczaka. Przez prawie sześć tygodni chodziliśmy więc tam codziennie. Po powrocie do Polski przez kilka miesięcy nie mogłem na kurczaki patrzeć!” - śmiał się „Ana”, wspominając również...
… kowbojskie kapelusze.
To jest chyba najsłynniejsze zdjęcie w historii Polonii Bytom. Dzisiejszy plac Sobieskiego – wtedy Ernsta Thaelmanna – wypełniony po brzegi, podobnie jak wszystkie ulice nań prowadzące. Podobno „zdobywców Ameryki” przyszło wtedy witać 100 tysięcy ludzi! „Odlecieliśmy do kraju wcześniej, niż wstępnie planowano; akurat były wolne miejsca w samolocie do kraju... Po wylądowaniu przenocowaliśmy w Warszawie, rano przewieziono nas do Bytomia, a nazajutrz klubowy autobus pozbierał nas z domów i zawiózł na „spontaniczne powitanie” na placu Thaelmanna” - opowiadał nam Zygmunt Anczok. Entuzjazm „spontanicznie zgromadzonych” tłumów sięgnął granic szaleństwa, gdy bohaterowie pojawili się na scenie w kowbojskich kapeluszach z ogromnymi rondami! Wśród nich oczywiście i dzisiejszy jubilat!
Co ważne – okazałe trofeum przywiezione przez polonistów do kraju... wiele lat później zginęło z klubowych pomieszczeń. „A ja do dziś mam w domu jego replikę! Jakim cudem? Dla każdego z zawodników postanowiła ją jakiś czas potem wykonać firma, w której zatrudniony był Józek Dymarczyk” - mówił „Sportowi” pan Zygmunt.
Kopia pucharku stoi więc na półeczce w jego lublinieckim mateczniku. Za to – niestety – zniknął z niego ostatni element służący budowie pomnika. Chodzi o szczególną...
… koszulkę meczową.
„Anczok męczył się z Garrinchą, Garrincha - może trochę mniej - z Anczokiem. Nikt z nas jednak nie miał pretensji do Anczoka, że Brazylijczyk go zwiódł i strzelił nam bramkę. Nie tacy sobie z Garrinchą nie radzili” - tak Stanisław Oślizło w swej biografii wspominał mecz reprezentacji Polski na Maracanie przeciwko „Canarinhos”. Na trybunach – pewnie ze 120 tysięcy ludzi, z których zdecydowana większość przyszła oczywiście dla Pelego. Ale wspomniany Garrincha też miał wielkie grono entuzjastów swego talentu. I nic dziwnego; był kimś więcej, niż piłkarzem. Był magikiem i showmanem.
Zygmunt Anczok: „Miałem 20 lat, a po drugiej stronie stanął piłkarz z innego wymiaru. On nie grał. On czarował i bawił się piłką. Dla niego minąć rywala to było mało. Chciał go ośmieszyć, chciał tworzyć show. Oczywiście kilka razy mnie minął, ale ośmieszyć się nie dałem”.
A gdzie ta koszulka? „Ana” raz jeszcze: „Dał mi wtedy swoją koszulkę. Ale już jej nie mam. Chyba komuś podarowałem”...
Nic to. Stworzymy ten pomnik z koszulki z orzełkiem, w której Zygmunt Anczok zagrał 48 razy. A na piersi tegoż pomnika powiesimy...
… złoty medal
wywalczony przez niego na igrzyskach w Monachium w 1972 roku. Do drugiej kieszeni garniturowych spodni włożymy zaś 500 rubli. Tyle dostał za udział w moskiewskim meczu, będącym pożegnaniem Lwa Jaszyna z boiskiem. Zagrał wtedy w „reprezentacji świata” jako jeden z dwóch Polaków, obok Włodzimierza Lubańskiego!
Dużo zdrowia, Panie Zygmuncie!
Dariusz Leśnikowski
Dwaj mistrzowie olimpijscy w ligowym starciu: z lewej Zygmunt Anczok, z prawej - Ryszard Szymczak. Fot. Fot. Halina Pindór / archiwum Sportu
