Afryka jeszcze poczeka
Rozmowa z Markiem Gleesonem, południowoafrykańskim dziennikarzem, współpracującym z BBC, ESPN i Reutersem
Zdaniem Marka Gleesona najlepszym piłkarzem Afryki był Abedi Pele z Ghany Fot. 90sfootballparty.wordpress.com
- Moja przygoda rozpoczęła się w 1992 roku, kiedy turniej był rozgrywany w Senegalu. Ten obecny puchar w Maroku to dla mnie turniej numer 17, bo nie byłem na imprezie w 2019 w Egipcie. Rekordzistą chyba jest dziennikarz z Senegalu, który zaczął wcześniej niż ja, bo w 1990, kiedy turniej rozgrywano w Algierii.
Jak patrzy pan na tę imprezę, pamiętając jak wyglądała, kiedy pan zaczynał?
- Na przestrzeni lat zmieniła się w niesamowity sposób. Kiedy zaczynałem, odbywała się w... amatorskiej formie, to była bardziej zabawa niż jakieś wielkie międzynarodowe wydarzenie, ale w Tunezji w 2004 roku to już był turniej pełną parą, zorganizowany, przygotowany. Kiedy zaczynałem, w 1992 czy w 1994 roku, było zupełnie inaczej. To był szalony okres, ale w pozytywnym wydaniu. Teraz to wielki biznes, co widzimy teraz w Maroku. Puchar stracił trochę afrykańskiego smaku, radości, szaleństwa, ale takie jest życie. Wszystko się rozwija; futbol i Puchar Narodów także.
W pierwszych latach Pucharu Narodów mógł pan obserwować w akcji trenera Henryka Kasperczaka. W 1994 roku prowadził reprezentację Wybrzeża Kości Słoniowej.
- Tak, spotkałem go nieraz, rozmawiałem z nim. Wypracował sobie pozycję, nazwisko w afrykańskiej piłce. Prowadził przecież reprezentacje na siedmiu Africa Cup of Nations. To jeden z niewielu szkoleniowców, który tak często był na tej imprezie. To jedna z ikonicznych postaci afrykańskiej piłki. Z powodzeniem prowadził reprezentację Tunezji, z którą zdobył wicemistrzostwo kontynentu, pojechał na igrzyska w Atlancie i zagrał w finałach MŚ 1998. Wielkie nazwisko. Starsza generacja, ludzie w moim wieku pamiętają Kasperczaka jeszcze z czasów, kiedy był znakomitym piłkarzem, zwłaszcza na mistrzostwach świata w 1974 roku, kiedy Polska z Deyną, Latą czy bramkarzem Tomaszewskim była rewelacją. Nie sposób nie wspomnieć waszego meczu w 1973 na Wembley z Wyspiarzami, którzy do dzisiaj płaczą i lamentują nad tym, co się wtedy stało (śmiech).
W 1996 roku Puchar Narodów po raz pierwszy odbył się w pana kraju, w RPA. Tam Tunezja Kasperczaka przegrała z Bafana Bafana w finale. To był dla pana szczególny turniej?
- Oczywiście, tym bardziej że reprezentacja kraju, z którego pochodzę, wygrała. Z roku na rok cenię ten wynik jeszcze bardziej, bo to przecież jedyny raz, kiedy RPA zdobyła Puchar Narodów. Od tamtego czasu już się to nie powtórzyło. To urosło już do legendy, bo zdarzyło się właśnie tylko ten jeden raz. Niewielu o tym pamięta, ale Kasperczak był na tym turnieju z kadrą... do lat 23, z młodymi zawodnikami, z którymi potem pojechał na igrzyska do Atlanty. To był młody, dobrze nastawiony zespół, który pokazał się z bardzo dobrej strony. To było wtedy duże zaskoczenie, że młoda drużyna, od której wiele nie oczekiwano, zaszła tak daleko. W finale nie dała jednak rady, bo RPA była wtedy silną i dobrą reprezentacją.
Pana ulubiony Africa Cup of Nations, w których pan uczestniczył?
- Chyba ten w 2002 roku, w Mali. Tam czuć było ten afrykański smak, charakter, czego brakuje mi trochę teraz.
Wtedy w Mali przed półfinałowym meczem gospodarzy z Kamerunem został aresztowany słynny były bramkarz Nieposkromionych Lwów, Thomas N’Kono, który wtedy był w sztabie reprezentacji Malijczyków prowadzonych przez trenera Kasperczaka.
- Tak, była taka sytuacja (śmiech). Został zatrzymany przez służby, ale wszystko się na szczęście wyjaśniło. Mecz się odbył. To była też wyjątkowa impreza dla nas, dziennikarzy. Zakwaterowanie było dramatyczne, jedzenie fatalne, ale jak teraz wraca się do tego czasu, to zostały pozytywne wspomnienia. Z tego samego powodu co turniej w Mali wspominam też PNA w Burkina Faso w 1998 roku. W finale Egipt pokonał wtedy RPA.
A jak pan ocenia turniej sprzed dwóch lat zorganizowany na Wybrzeżu Kości Słoniowej?
- Był świetny dla piłki, dla afrykańskiego futbolu, zważywszy okoliczności. Były szokujące wyniki, gospodarz przegrał w grupie z Gwineą Równikową 0:4, po czym w trakcie trwania zawodów zwolnił selekcjonera, a potem zdobył... mistrzostwo. Niesamowita sprawa, do tego bardzo wysoki poziom imprezy i poziom sportowy.
Gdyby miał pan wskazać piłkarza, który przez te lata zrobił na panu największe wrażenie?
- Abedi Pele. Niesamowita postać, świetny człowiek. Z punktu widzenia piłkarskich osiągnięć są pewnie lepsi. Samuel Eto'o wygrał Champions League i cztery razy został Piłkarzem Roku w Afryce. Byli też świetni Yaya Toure czy Didier Drogba, ale Abedi Pele miał to coś. Z przyjemnością się na niego patrzyło. Miał wielkie umiejętności, klasę, samodzielnie potrafił wygrywać spotkania.
Jest pan optymistą, jeżeli chodzi o afrykański futbol? W tegorocznych mistrzostwach świata pojawi się o połowę przedstawicieli więcej niż było w poprzednich latach - może być aż 10 reprezentacji.
- Żyjąc i mieszkając tutaj, trzeba być optymistą, innego wyjścia nie ma. Myślę jednak, że za mojego życia nie doczekam czasu, żeby reprezentacja z Afryki została mistrzem świata. Spójrzmy na przykład na świetnie grającą w PNA Nigerię...
Która teraz nie zagra w mistrzostwach świata…
- W grupie eliminacyjnej poległa z RPA, a potem nie dała rady w barażu. Wcześniej miała 4-5 świetnych graczy, teraz jest może 10, ale wciąż brakuje zaplecza, głębi kadry, żeby rywalizować z tymi najlepszymi nie tylko na kontynencie. Ich golkiper gra w lidze południowoafrykańskiej (Stanley Nwabali w Chippa United – przyp. red.), oglądam go w akcji co tydzień i mogę powiedzieć, że prezentuje fatalny poziom. Drugi bramkarz gra na co dzień w Omonii Nikozja na Cyprze, a trzeci występuje w lidze tanzańskiej. Z takimi zawodnikami nie da się walczyć z najlepszymi reprezentacjami na świecie i osiągać wielkich wyników. Tutaj jest problem. Potencjał jest, co pokazało Maroko na mundialu w Katarze, ale zostania mistrzem świata daleka droga.
Przed pucharem w Maroku CAF ogłosiło, że turnieje od 2028 roku odbywać się będą co 4 lata. To dobre rozwiązanie?
- Ci, którzy teraz płaczą i lamentują, chyba nie do końca zdają sobie sprawę, jak trudny dla wielu piłkarzy jest przyjazd do Afryki w tej fazie sezonu i rozegranie dużego i ważnego turnieju. To ciężka sprawa dla zawodowego piłkarza, a jak patrzymy na rozbudowany futbolowy kalendarz, to tym bardziej wydaje się, że rozgrywanie Pucharu Narodów co cztery lata nie jest złą rzeczą. Z jednej strony szkoda, bo lubimy mieć u siebie zabawę co dwa lata, ale nie jestem tak krytyczny, jak inni, atakujący FIFA, która mocno chce wpływać na futbol w Afryce. Rozumiem inne racje. Afrykanie chętnie sięgają po pieniądze oferowane przez Gianniego Infantino, więc jeżeli FIFA dyktuje, że trzeba grać nie co dwa, a co cztery lata, to trzeba się podporządkować.
Na koniec pytanie o polski futbol. Z czym Mark Gleeson go kojarzy?
- Jestem ze starszej generacji, więc z meczem na Wembley w 1973 roku i waszym zwycięskim remisem z Anglikami. Znany jest mi też obecny reprezentant, grający w Aston Villi Matty Cash oraz Nigeryjczyk Emmanuel Olisadebe.
Był pan kiedyś w Polsce?
- Byłem w Krakowie w czasie, kiedy dyrektorem Wisły był były zawodnik PSV i Sportingu Stan Valckx. Drużyna mierzyła się wtedy w pucharach ze Skontemo Ryga, gdzie grał piłkarz z RPA (Bally Smart – przyp. red.). To była dla mnie historia do zrobienia i stąd przyjazd. To był jeden raz. W Kapsztadzie, skąd pochodzę, jeden z moich przyjaciół jest w Warszawy.
Rozmawiał w Fezie Michał Zichlarz
MARK GLEESON
Ma 61 lat. Południowoafrykański dziennikarz i komentator piłkarski w telewizji SuperSport. Oficjalny archiwista futbolu w Afryce, uznany przez FIFA. Autor szeregu cennych publikacji. W 2017 roku CAF, Afrykańska Konfederacja Piłkarska, przyznała mu Złoty Order Zasługi za wkład w rozwój tamtejszego futbolu.
Mark Gleeson to jeden z najbardziej szanowanych dziennikarzy na Czarnym Kontynencie. Fot. Cafonline.com
