Africa Express
Z DRUGIEJ STRONY - Paweł Czado
Przyznaję: jest mi smutno. Nie jestem bynajmniej wściekły, rozżalony, nie – jest mi jedynie smutno. Tak, jak smutno jest właśnie przy pożegnaniach. Uwielbiam bowiem w polskiej lidze pierwiastek nieprzewidywalności. Uwielbiam piłkarzy, o których po meczu mogę rozmyślać, uwielbiam ekscytować się ich akcjami, uwielbiam takich, którzy potrafią mnie zaskoczyć, sprawić, że mam oczy szeroko otwarte, a nie szeroko zamknięte…
Nie ulega wątpliwości, że Górnik Zabrze grał jesienią zajmująco, miał nadspodziewanie dobre efekty punktowe, a jego występy przynosiły mnóstwo satysfakcji. Mnie szczególną przyjemność sprawiało oglądanie z trybun przy Roosevelta nieokiełznanego rumaka, Ousmane’a Sowa. Był jak Africa Express na flance polskiej ligi (uśmiech autora). Był jak wzburzona, tysiąckilometrowa rzeka Senegaal (w języku wolof pisana właśnie tak), która płynie po północnej granicy jego ojczyzny. Był jak nieuchronnie ruszające się wahadło zegara – nie było tylko wiadomo, z której strony minie rywala w szalonym pędzie.
W jego przypadku nawałnica na skrzydle była jednoosobowa. Nieważne, że czasem chaotyczna, że czasem nieskuteczna, ważne, że pełna pasji i namiętności, ważne, że nieustannie ponawiana, z wiarą, że jeśli nie teraz to za chwilę. Sow urósł w moich oczach przez ostatnią rundę niemożebnie. Właśnie dlatego, że w jego grze dostrzegłem to, co jako kibica szczególnie mnie uwodzi – namiętność. Schematy są, wiadomo, ważne, ale są przecież jak wapno w murze z cegieł. To cegły, czyli indywidualne cechy piłkarza, są tym, co często decyduje o wyniku. Wrażenia artystyczne dla nas, kibiców, są ważne, ale liczą się konkrety, a tych Sow też nie musi się wstydzić: w ekstraklasie i Pucharze Polski Senegalczyk zdobył dziewięć goli i zaliczył trzy asysty w 19 meczach. To nie byle co.
Ta cecha Senegalczyka została zauważona: Górnik ogłosił, że nieobecność Sowa na czwartkowym treningu jest spowodowana testami medycznymi przed ewentualnym transferem. Transferem przez duże T, chodzi ponoć o 3-4 mln euro, a dla Górnika byłby to ostry zastrzyk energii, nieprawdaż? Tak to w dzisiejszym futbolu już jest – wyróżniasz się, wystarczy dobra runda i od razu chcą cię tam, gdzie możesz dostać więcej, co w dzisiejszych czasach piłki postromantycznej jest przecież najistotniejsze. To zasada naczyń połączonych – ciągle szuka się następców w klubach. Bogatsze drenują więc w razie potrzeby biedniejsze, a te biedniejsze – jeszcze biedniejsze i tak to hula, nikomu nie trzeba tego tłumaczyć.
Polubiłem grę Sowa, więc – jeśli odejdzie – życzę mu wszystkiego najlepszego. Myślę, że tak naprawdę to dla piłkarza – oczywiście oprócz kariery i pieniędzy – jest najcenniejsze. To, że kiedy odchodzi, w ludziach rodzą się uczucia. Bo to one sprawiają, że zostaje zapamiętany. Właściwie nie obchodzi mnie już, czy przejdzie/przechodzi/przeszedł do Broendby, Portsmouth czy może Viktorii Pilzno (ostatecznie został piłkarzem duńskiego klubu – przyp. red.). Niech mu się wiedzie, ale… tam nie będę go już śledził. W Zabrzu czas na nowego Sowa.
A Górnikowi życzę oczywiście, żeby znalazł sposób na wypełnienie tej luki. Wierzę, że się uda. Nigdy nie jest przecież tak, że na rozstaniu kończy się świat. Zawsze jest coś za rogiem. Musi być!
Powodzenia.
