A po nocy przychodzi… świt!

Jeżeli Polonia Bytom do końca sezonu będzie grać z taką ambicją i wiarą w zwycięstwo jak w niedzielę z drużyną ze Szczecina, bezpośredni awans do 1. ligi będzie na wyciągnięcie ręki.

To była remontada bo bytomsku, więc w szatni Polonii było co świętować. Fot. Facebook/BS Polonia Bytom

Takie mecze przechodzą do legendy. I można założyć, że data 30 marca 2025 roku zapisze się pamiętnymi zgłoskami w najnowszej historii bytomskiego klubu, który - przypomnijmy - w latach 1954 i 1962 był mistrzem Polski. Czy to będą zgłoski złote - zadecyduje zapewne finisz drugoligowego sezonu, i to, czy Polonia awansuje.

Ale na razie kibice w Bytomiu żyją zapewne jeszcze tym czymś niecodziennym, czego byli świadkami niedzielnego wieczora. Przypomnijmy więc pokrótce: Polonia przegrywała ze Świtem Szczecin 0:2 i 1:3, w drugiej połowie wyszła na prowadzenie 4:3, po czym straciła gola, ale w ostatniej - czwartej - minucie doliczonego czasu gry Oliwier Kwiatkowski świetnym strzałem zapewnił gospodarzom bezcenne trzy punkty, wprawiając około tysiąc fanów na stadioniku przy ulicy Piłkarskiej w autentyczną ekstazę.

Walka o pełną pulę

Co bardziej obeznani fani futbolu od razu przypomnieli styczniową remontadę Barcelony w Lizbonie w rozgrywkach Ligi Mistrzów, gdzie Blaugrana przegrywała 1:3 i 2:4, a wygrała również 5:4, strzelając zwycięskiego gola w doliczonym czasie. Ale, zachowując umiar, zejdźmy na ziemię. Skwitujmy to stwierdzeniem, że po każdej nocy przychodzi świt, a czarne chmury nad Polonią zostały rozpędzone.

- To świetne uczucie strzelić dwie bramki i dać drużynie zwycięstwo w takich okolicznościach. Mecz kompletnie nam się nie układał, ale nas zawsze cechuje walka o pełną pulę, pokazaliśmy determinację i zgarnęliśmy trzy punkty. Brawa dla drużyny - mówił szczęśliwy bohater ostatniej akcji (i nie tylko) Oliwier Kwiatkowski.

Niespełna 20-letni pomocnik wszedł na boisko dopiero w 65 minucie i - zanim przesądził o zwycięstwie - trafił też na 4:3. - Co mówił trener, gdy desygnował mnie do gry? Dokładnie to, co było widać na boisku: że jak mam otwartą pozycję na 16 metrze, to mam strzelać. Oddałem dwa strzały, dwa wpadły, i cóż, cieszymy się - dodawał wychowanek Rozwoju Katowice.

- Gratulacje dla drużyny i dla Oliwiera. Potrzebowaliśmy takiego meczu, w którym się podnosimy. Pokazaliśmy energetyczną grę, daliśmy dużo emocji i dziękuję kibicom za wsparcie, bo oni nas ponieśli. Jeżeli będą dalej tak w nas wierzyć, a nie wywierać niepotrzebnej presji, to sobie poradzimy - podkreślił szkoleniowiec „Niebiesko-czerwonych”, Łukasz Tomczyk.

Gorąco na ławkach

Trudno się dziwić, że ekipa gości nie dowierzała w finał meczu, który tak znakomicie dla niej się ułożył. - To było najlepsze spotkanie w 2. lidze. Tym bardziej szkoda, że wracamy bez punktu z meczu, w którym strzeliliśmy cztery gole, zagraliśmy z wielkim charakterem i bez pardonu do przodu. Cisza na ławce gospodarzy była przepiękna i „nagrodą” za jej zachowanie - trener Świtu Tomasz Kafarski nie omieszkał włożyć kija w mrowisko, obwiniając swojego vis a vis o to, że przy prowadzeniu Polonii nakazał bramkarzowi Świtu wznawiać grę po aucie tą samą piłką (zapewne żeby „urwać” nieco sekund). - To jest wbrew przepisom, piłek wokół boiska powinno być więcej. Mam szacunek dla sztabu Polonii, jak gra ten zespół, ale wydaje mi się, że projekt „Deductor” (z niego szkoleniowo wywodzi się Łukasz Tomczyk - przyp. red.) uczy intensywności gry, a nie jej unikania, więc nie ma w takim zachowaniu konsekwencji, a kultura osobista też powinna być na wyższym poziomie - dodał Kafarski.

Łukasza Tomczyka nie zdążyliśmy zapytać o wspomnianą sytuację, za komentarz niech świadczą jego słowa o „kosztach pracy” na ławce. - To był szalony, emocjonalny mecz, i choć staram się patrzeć na wydarzenia na boisku analitycznie, wyłączyć emocje, to czasem trzeba je puścić, zareagować. Myślę, że każdego trenera taki mecz kosztuje dużo zdrowia, także trenera Kafarskiego - zauważył szkoleniowiec Polonii.

Widzą „wieczystość”

Abstrahując od okoliczności, najbardziej realną korzyścią niedzielnego meczu dla bytomian jest utrzymanie kontaktu z wyprzedzającą ich Wieczystą. „Milionerzy” z Krakowa przegrali w sobotę w Grodzisku Mazowieckiem 1:2 z liderującą Pogonią i Polonia traci do nich już tylko 3 punkty, mając w zanadrzu mecz zaległy - na wyjeździe z Resovią 9 kwietnia. Tak więc można rzec, że „wieczystość” jest w zasięgu wzroku.

Poloniści nie mają czasu na świętowanie, zresztą znając trenera Tomczyka nie grozi im „odlot”, tym bardziej że już w piątek czeka ich kolejna ligowa potyczka - w Lubinie z rezerwami Zagłębia. - Patrzymy w przód, ale skupiamy się już na najbliższym meczu - podsumował bohater Kwiatkowski.

Tomasz Mucha