A ja wierzę w Probierza!
Michał Listkiewicz
Wielka polityka brutalnie wkroczyła do sportu, hasła o apolityczności tej pięknej dziedziny naszego życia dawno odeszły do lamusa. Słaba to pociecha, że zjawisko ma uniwersalny charakter. Lokalizacja wielkich imprez w krajach rządzonych przez dyktatury już mało kogo bulwersuje. Chyba tylko w USA, Anglii i Skandynawii organizacje sportowe są w małym stopniu obiektami presji politycznej. W Polsce pewnie nie jest tak tragicznie jak w państwach autorytarnych, ale dobrze też nie jest.
Mająca piękne tradycje Gala Olimpijska upłynęła w tym roku pod znakiem politycznego napięcia. Przybył Prezydent Andrzej Duda, ale zabrakło Premiera Donalda Tuska lub choćby jego ministra sportu, Sławomira Nitrasa. Prezes PKOl Radosław Piesiewicz moim zdaniem niepotrzebnie dolewa oliwy do ognia, rzucając oskarżenia już nie tylko pod adresem ministra, lecz także ważnych osób ze swojego otoczenia. Kąśliwy komentarz o Otylii Jędrzejczak i tak nie przeszkodził jej w wyborze na kolejną kadencję prezesowania w Polskim Związku Pływackim, a niesmak pozostał. Podobnie z ciągłym nawoływaniem do rezygnacji innego wiceprezesa PKOl Tomasza Chamery, który ma wielką renomę w światowym żeglarstwie.
Może i Piesiewicz chce dobrze, na pewno ruch olimpijski jest mu bliski, ale czasami zachowuje się jak słoń w składzie porcelany. Na szczęście do następnych igrzysk olimpijskich pozostało sporo czasu. Szczerze życzę Prezesowi PKOl, by burza ucichła, sztorm odleciał i za pomocą gałązki oliwnej - pogodzony z szefem resortu sportu - poprowadził polskich olimpijczyków po lepszy urobek niż ostatnio w Paryżu. Zaakceptujemy 10 medali, pod warunkiem, że będą złote, a dorzucimy do nich drugie tyle z pośledniejszych kruszców.
Wybór Otylii Jędrzejczak na szefową polskiego pływania przypominał niezły thriller ze zwrotami akcji i napięciem do ostatniej sceny. Ostatecznie wielka mistrzyni pokonała swojego byłego świetnego trenera i od razu miło zaskoczyła, wyciągając rękę do współpracy. Miejmy nadzieję, że ten duet jeszcze zafunkcjonuje, bo w czołowej niegdyś dyscyplinie kryzys wyników boli.
Spokój za to w lekkiej atletyce. Lud ostrzył sobie zęby na rywalizację wielkich mistrzów o prezesowski fotel, wszak Sebastian Chmara i Tomasz Majewski to tuzy dyscypliny. Wycofanie się tego ostatniego sprawia, że wybory będą teatrem jednego aktora, a po nich za odbudowę pozycji „królowej sportu” weźmie się silna sztafeta złożona z wybitnych trenerów, biegaczy, skoczków, miotaczy. Oby nikt nie wpadł na pomysł zmuszenia Chmary do rezygnacji z komentowania „lekkiej” w telewizji. Robi to na mistrzowskim poziomie wspólnie z Przemysławem Babiarzem, wokół którego wywołano niedawno zupełnie niepotrzebną aferkę za jedno słowo o piosence Lennona.
Ciekawym komentatorem sportowej rzeczywistości jest oczywiście Zbigniew Boniek. Piłkarzem wielkim był, ale szczerze mówiąc wolę jego komentarze o żużlu niż o futbolu, mimo że na obu dyscyplinach (i na wyścigach kłusaków takoż) zna się wybornie. Piłkarskie komentarze „Zibiego” są nieco skażone personalnymi fobiami, za to żużlowe to czysty profesjonalizm. Mój były zastępca w PZPN otworzył mi oczy na problem wszechwładzy mechaników zwanych tunerami. Kluby biją się o nich jak o Bartosza Zmarzlika niemalże. To nie gra zespołowa, w której piłka jest taka sama w pierwszej i siódmej lidze. Dobry silnik to w żużlu podstawa sukcesu. Ogromne ponoć pieniądze nie są chyba wydawane w sposób racjonalny, skoro coraz więcej klubów w „czarnym sporcie” ma finansowe kłopoty i niektórym legendarnym ośrodkom grozi upadek.
Generalnie nie w pieniądzach problem, jest ich w polskim sporcie całkiem sporo. Rzecz w sposobie ich wydawania, wytyczaniu celów dalekosiężnych, a nie doraźnych, gradacji priorytetów. Mądrze to ujął nowy wiceprezes Związku Piłki Ręcznej w Polsce Tomasz Lewtak. Jego zdaniem w polskim szczypiorniaku jest sporo pieniędzy, ale gros szedł na gotowe projekty sportowe zamiast na inwestowanie w przyszłość. To kapitalne spostrzeżenie i dotyczy większości polskich związków sportowych. Chwalebny wyjątek to oczywiście siatkówka i - uwaga, uwaga! - piłka nożna.
Zanim Czytelnicy wyleją na mnie pomyje lub chociażby rykną głośnym śmiechem, podam wiarygodne dane: PZPN finansuje kilkanaście ogólnopolskich turniejów dziecięcych, wydaje mnóstwo materiałów szkoleniowych, zatrudnia pół setki skautów monitorujących polskich piłkarzy w kilkunastu krajach, a dział grassroots stawiany jest przez UEFA za wzór do naśladowania. Te inwestycje zaowocują za jakiś czas, a kibice chcą zwycięstw tu i teraz. I ja razem z nimi.
Cóż z tego, że w Porto gra była lepsza niż wynik, a po pierwszej połowie w niejednym polskim domu wznoszono toasty. Życie bywa jednak okrutne, a dewiza premiera Leszka Millera o mężczyźnie, którego poznajemy nie po tym jak zaczyna, a jak kończy, jest ciągle aktualna. Gdyby Portugalczycy zdobywali swoje piękne bramki przeciwko innej drużynie, biłbym im brawa, a tak w miniony piątek tylko zazgrzytałem zębami.
Obecny selekcjoner ma w sobie to „coś”, czego brakowało jego poprzednikom od czasów Adama Nawałki… Fot. Paweł Bejnarowicz/PressFocus
Fala hejtu, która wylała się na Michała Probierza, doskonale oddaje kondycję psychiczną naszego społeczeństwa. Obrazić, poniżyć, opluć - to sporty narodowe ludzi zakompleksionych i przez to nieszczęśliwych. Jakie mamy argumenty, by dzisiaj marzyć o dorównaniu najlepszym reprezentacjom europejskim? Proponuję zacząć od analizy narodowości piłkarzy występujących na boiskach Ekstraklasy. Coraz mniej biało-czerwonych barw przy nazwiskach, istna Wieża Babel, cyrk objazdowy. Polak w składzie niczym rodzynek w cieście z supermarketu. Kto w zamian? Ci, dla których hiszpańska czy portugalska liga to za wysokie progi, ale zarobki porównywalne.
Ja wierzę w Probierza, ma w sobie to „coś”, czego brakowało jego poprzednikom od czasów Adama Nawałki. Może Jerzy Brzęczek, zwolniony bez klasy, sensu i przyczyny, powinien pracować dłużej? Tak, na pewno powinien. Wspomniany powyżej Zbigniew Boniek i jego nadwiślański alter ego Roman Kołtoń często-gęsto walą w ekipę Cezarego Kuleszy. Raz prawdziwymi pociskami, kiedy indziej ślepakami. Jednak wiele sentencji Bońka przechodzi do klasyki. Choćby ta, że „w sporcie nie należy nikogo wieszać za porażkę”. Co zaciekłym krytykom selekcjonera wrzucam do sztambucha.
