4,5 tysiąca kilometrów na nic…
KOMENTARZ „SPORTU” - Michał Zichlarz
Z wyjazdem do Maroka na Puchar Narodów Afryki i akredytacją na turniej od początku były problemy, a wszystko zaczęło się… jesienią 2014 roku. Marokańczycy mieli gościć najlepszych piłkarzy na Czarnym Kontynencie w styczniu i lutym 2015. Kupiłem bilet lotniczy do tego pięknego kraju wcześniej, we wrześniu 2014. To miał być mój czwarty wyjazd na zmagania najlepszych piłkarzy w Afryce. Wcześniej byłem na turniejach w pierwszej dekadzie XXI wieku, w Tunezji w 2004, Egipcie 2006 i Ghanie 2008.
Niestety co do Maroka, to wszystko zbiegło się w czasie z wybuchem zabójczej epidemii ebola, czyli gorączki krwotocznej w Afryce Zachodniej, w Gwinei, Sierra Leone i Liberii. Kosztowała życie ponad 28 tys. osób.
W Maroku przestraszyli się, że ewentualne przeniesienie epidemii do ich kraju będzie miało wpływ na turystykę, która jest przecież jednym z najważniejszych przychodów w rozwijającej się gospodarce, i na dwa miesiące przed turniejem zrezygnowali z organizacji! CAF, czyli Afrykańska Konfederacja Piłkarska, była pod ścianą. Na szybko wszystko zorganizowała Gwinea Równikowa, gdzie turniej (wspólnie z Gabonem) rozegrano ledwie kilka lat wcześniej, w 2012.
Teraz Maroko organizuje jubileuszowy, 35. Africa Cup of Nations. Jesteśmy już w fazie pucharowej, poznajemy pierwszych ćwierćfinalistów. Miałem być w sobotę na meczu w Casablance pomiędzy Mali a Tunezją, która będzie - jeśli awansujemy - naszym pierwszym rywalem w finałach amerykańskich mistrzostwach świata.
Akredytację na turniej udało mi się zdobyć po wielu trudnościach. Gdyby nie pomoc obecnego w Maroku zaprzyjaźnionego fotoreportera, Andrzeja Surmy, który zorganizował potrzebny kontakt do osoby odpowiadającej za potwierdzenie akredytacji – jedno klikniecie za statusu „pending”, oczekujący na „approved”, potwierdzony - to nic bym nie zdziałał.
Jednak najpierw była jazda autem w sobotę wcześnie rano z Żor na lotnisko w Krakowie. Lot do Marrakeszu to prawie 4 tys. km. Potem jazda taksówką z lotniska Menara na Gare de Marrakesch, czyli na dworzec kolejowy. Uprosiłem bilet stojący, bo pociąg miał być wypełniony, ale nie był, bo jedna osoba zajmowała dwa fotele. To około 300 km, ponad trzy godziny jazdy. Potem szybka jazda z Gare de Casablanca na Stadion Mohameda V. Wszedłem na obiekt przejechawszy grubo ponad 4 tys. kilometrów, ale z centrum prasowego wysłano mnie do centrum akredytacyjnego, gdzie osoba odpowiedzialna za wszystko była już nieobecna. – Proszę przyjść jutro – powiedziała nieprzyjemna paniusia.
- Bez akredytacji nie możemy cię wpuścić na mecz – powiedzieli z kolei oficjele CAF. I tyle było z meczu Tunezja – Mali… Z Casablanki jeszcze jazda pociągiem, bo to najszybszy środek komunikacji do Rabatu, gdzie stacjonuję. To około 100 kilometrów. Dzień był ciężki, długi, tysiące przejechanych kilometrów i wiele stresu, ale… witamy na Pucharze Narodów Afryki! Tak to tutaj w Maroku wygląda.
